BLOGCZEJNalpha

Moje serce pękło dwa razy...

1996 rok.
Dobrze, ale czarna ma być.
Ja chcę rudą.
Tak prawdę mówiąc to i tacie i mnie było wszystko jedno jakiego koloru będzie kotek.
Przywieźliśmy piszczactwo kilkutygodniowe, czarne, maźnięte rudym po nosie.
Koteczkę rasy domowej.
Kasię.
Tato wybrał imię.

Kasia zawładnęła nami całkowicie.
Chodziła za tatą krok w krok, spała na kolanach, witała w drzwiach, śmigała pod nogami na dwór.
Po drzewach wspinała się jak małpa, kilka sekund i była na najwyższej gałęzi.
Ganiała sroki, wrony i wszelkie ptaszyska, które miały pecha, bo stanęły na Kasi drodze.

I polowała! Ale jak! Klękajcie narody, szacun na dzielni.

Obserwowałam przez okno w kuchni taką scenkę: nieświadome stadko wróbelków pasło się na trawce, świergoliły sobie. Z drugiej strony tego chodnika, jakieś 2 metry dalej, czaiła się Kasia. Nisko, przy ziemi, skupiona... wystrzeliła znienacka, wróbla w pysk i wróciła w krzaki. Wszystko trwało 3 sekundy.

Kasię znały wszystkie dzieci w okolicy, Kasia wychodziła przez okno, po kilkunastu minutach wracała. Czekała albo na parapecie albo pod drzwiami w krzakach.
31 marca 2003 również wyszła z domu. Wypuściłam ją, siedziałam przy kompie, po jakiejś godzince sprawdzałam, czy siedzi na parapecie czy w krzakach.
Nie siedziała ani tu ani tu.
Przepadła.
Całą noc chodziłam wokół bloku, naszego i innych, wołałam, płakałam, szukałam.

Nie zobaczyłam Kasi nigdy więcej. Miała 7 lat.

Moje serce pękło, rozpadło się na miliard kawałków.

Nawet pisząc te słowa płaczę.
Kiedyś mi się przyśniła, z Mamą. Co tam leży? -zapytałam Mamę. To Kasia, ale, Aniu, ona nie żyje.
Muszę ją zobaczyć, muszę. Odchyliłam jakiś kocyk, którym była przykryta - Kasia ożyła, biegała ze mną przez cały sen, bawiła się, wskakiwała na kolana, mruczała.
Nie chciałam się obudzić, chciałam, żeby sen trwał i trwał. Wiedziałam, że jest z Mamą i Tatą, w Niebie, szczęśliwa.
Mam tylko jedno zdjęcie Kasi, tu ma 9 miesięcy. Moja ukochana.
kasia 005.jpg

Jakoś tak w czerwcu 2003 roku Renata spacerowała ze swoją sznaucerką. W pewnej chwili sunia coś zwąchała, zajazgotała, Renata wydobyła z kraty pod blokiem małe, półżywe kocię....
Kociak, prawie padlina, zabrany został do domu, ogrzany, opatulony, namoczony podskórnie płynami z glukozą, napojony strzykawką, położony w ciepłym miejscu bez nadziei, że dożyje do rana.
A że nadzieja to matka głupich...
Renata zobaczyła rano taki obrazek: zdechlak siedział przed sznaucerką, "i po co ci ta broda, po co"? pacał obiema łapkami. Zrobił też nieco porządku w pokoju, alternatywnie zaaranżował wnętrze, porozwalał, wylał wodę i takie tam drobiazgi.
I trzeba było coś z nim zrobić, komuś go opchnąć. Może mnie? Niedawno straciłam Kasię.
Nawet się nie waż, żadnego więcej kotka, jeszcze ryczę po Kasi - odpowiedziałam na propozycję Renaty.
Zobacz tylko co on ma na głowie - z kartonu wynurzyła się połowa srebrnego kotka z niebieskimi oczkami. Po chwili calutki wylazł, czarny z białymi końcówkami włosów, sprawiał wrażenie srebrnego.

I nastał Kubuś.
Poczuł się od razu u siebie, biegał w tempie drugiej prędkości kosmicznej, jadł za dwóch, grandził za trzech, rozwalał za czterech.

Kasia miała papirusy na parapecie w kuchni. Rozrosły się potężnie, kiedy nie było ich komu podgryzać, stały w korytku, ziemia zalana wodą... do czasu Kubusia.
Wchodzę do kuchni i zdębiałam w progu: malutki Kubuś skakał czwórłap do korytka, wytaplał się w błocie, nachlapał po sufit, wyprał firaneczki w tymże korytku, połamał wszystkie gałązki, skakał i łamał patyki, na których wisiały firaneczki.
Tyle szczęścia na kocim pyszczku nie widziałam.
I ukochał mamę.
Mama wybaczała mu wszystko: połamaną paprotkę, połamane storczyki, pozwalane kwiaty, które stały na jego trasie po muchę.
Polował na mnie i gryzł, dziad jeden: czaił się za drzwiami, skakał jak małpka na nogę, gryzł do krwi.
Rósł i rozrabiał.
Kiedy, patrząc mi prosto w oczy, nasikał na ścianę w łazience pożegnał się z jajkami. Renata go wykastrowała (wtedy kończyła studia, dziś jest lekarzem weterynarii w Białymstoku).

W lipcu 2004 roku nie mógł wskoczyć na parapet, jakoś posmutniał, żal było na niego patrzeć.
Zabrałam go na badania do Kortowa do Kliniki, rtg, usg, krew, mocz.... FIP.
Robiłam mu kroplówki, podawałam leki przeciwbólowe, przeciwgorączkowe.
W czasie jednej z kroplówek zmarł na moich rękach.
To było w pod koniec sierpnia.
Moje serce pękło po raz drugi.

Nieco ponad roczny kotuś.
Patrząc z perspektywy czasu mam wrażenie, że żył szybko, jakby wiedział, że jego życie wkrótce się skończy.
Zdjęcia Kubusia nie mam, nikt mu nie robił.
Był czarny, z krawacikiem białym, z piwnymi oczami.
I tak cię zapamiętam, Kubuniu.

Przewracałam się o jego zabawki, potykałam, ukradkiem ocierałam łzy...
We wrześniu 2004 sąsiadka przywiozła Maję z działki.
Kotka przyprowadziła do niej swoje młode, które się zadomowiły, pieliły kwiatki, pomocne okrutniście były, czorty w kociej skórze.
Jeden z tych upiorów trafił do nas.
Maja jest z nami 14 lat. Wiele razy o niej pisałam, dużo zdjęć zamieściłam, kolejne z nich.
DSC00175.JPG

Post zgłaszam do tematów tygodnia 22, temat 3 "Zwierzęta na dobre i na złe"

KOMENTARZE

  • wolontariusz

    "Bóg stworzył kota, żeby człowiek mógł głaskać tygrysa" - Victor Hugo.

    Ja kochać koty mnóstwo bardzo!

  • angatt

    Przepięknie napisane. Z sercem. :)

  • shogunma

    Dobry materiał i piękna historia choć smutna.
    Pozdrawiam.

  • kittyspawspl

    piękny tekst, kotom dużo się wybacza bo połamane kwiatki to nic w porównaniu z radości jaką daje ich towarzystwo. pozdrawiam( kocia mama 3 kotów)!

  • adoer123

    Kotek potrafi nabroić, ale pocieszyć jeszcze bardziej ; )

  • dedarknes

    Świetny post :)