BLOGCZEJNalpha

Kiedy jest mnie za dużo... #2

Tylko trudno się przełamać i sturlać się z tego łóżka...

Czyli o tym jak długo dojrzewałam do pójścia na siłownię!

Teraz naprawdę zacznę od samego początku mojej zabawy z siłowniami, z zachowaniem chronologii, a nie z pisaniem od tyłka końcowej strony i właściwie jednej z ostatnich przygód. Skoro lecimy od początku, trzeba cofnąć się aż do przełomu stycznia i lutego. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, że właśnie solidnie pracuję nad masą zjadając kolejne torebeczki niedosolonych frytek. Trudno się dziwić, na mieszkaniu nie mam wagi, a do domu wracałam raz na miesiąc i ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę, było usłyszenie od rodzicielki "Ważyłaś się? Przytyłaś czy schudłaś na tych Katowicach?!" naprawdę nie przepadam za tym.

https://steemitimages.com/0x0/https://cdn.pixabay.com/photo/2018/01/26/21/42/pilates-3109852_1280.png
Źródło: Pixabay

Niemniej sesja zbliżała się dzielnie ku końcowi, wizja pierwszych studenckich ferii w moim życiu napawała mnie optymizmem. Tyle wolnego, tyle możliwości na wykorzystanie tego czasu! Na dodatek na tablicy na Twarzoksiążce zaczęły masowo pojawiać się wyzwania pokroju "30-dniowe robienie serii przysiadów" i inne motywatory, by zrzucać sadełko przed nadejściem wakacji. Standardowo, postanowienia do pracy nad sobą w celu zmiany wyglądu.

Sama poczułam, że w sumie fajnie byłoby wziąć się za siebie i zaczęłam szukać jakiegoś miejsca do spalania tłuszczyku. Oczywiście google mapsy poszły w ruch, a moja myszka miała głośne ćwiczenia scrollin'~scrollin'. Jedna siłownia wpadła mi wyjątkowo w oko, pojawiła się w osobnej karcie na przeglądarce, a ja poczułam, że wykonałam pierwszy krok, by zmienić mój leżący tryb życia w nieco bardziej aktywny.
Następnego dnia moi znajomi dowiedzieli się, że już mam wolne, a skoro mam czas... To trzeba iść na słynnego kebsa. Gdzież bym sobie odmówiła takiej przyjemności, no nie mogłam! Szybkie pakowanie się i powrót do domu, w sumie kilka godzin wyjęte z życia. Problem w tym, że skoro zmieniłam miejsce mojego noclegu, to pójście na siłownię automatycznie spadło z celu o stosunkowo wysokim priorytecie, do baaaaardzo pobocznego zadania. Nie pomogło też to, że kiedy powiedziałam moim znajomym o planach, Ci zaczęli solidnie rechotać, no bo co jak co, ale byłam ostatnią osobą, która kojarzyłaby im się z jakąkolwiek aktywnością fizyczną ambitniejszą od sprintu do łazienki, by zdążyć przed innymi domownikami.

https://cdn.pixabay.com/photo/2015/05/10/16/54/sport-761125_960_720.jpg
Źródło: Pixabay

Później jakoś tak się złożyło, że czas ferii uciekł nawet nie wiem kiedy (pewnie wtedy jak płaszczyłam się na łóżku, grając w World of Tanks czy inną gierkę), więc pozostało mi wrócić do mieszkania i kontynuować studiowanie. W telefonie już na stałe miałam jedną kartę - z siłownią, którą chciałam odwiedzić. Mijały kolejne dni, a ja zastanawiałam się czy następnego poranka wyjdę z mieszkania, pójdę na miejsce i się zapisze. Wtedy zaczęło się coś, co pewnie wiele osób myślących o siłowni przeżywa... Czyli szukanie sobie wymówek!
Zaczęło się dość prozaicznie. Czy aby na pewno mam strój, który mogę używać do ćwiczeń. Może powinnam kupić jakieś nowe buty? Z drugiej strony używane w tamtym czasie (i w sumie do tej pory) były wychodzone, więc są wygodne i nie będą mnie obcierać. Przekopałam fora i poradniki dla początkujących, żeby wiedzieć co powinnam wziąć. Nie byłam przekonana tym co znalazłam, więc zaczęłam pisać po znajomych. Wyszukałam, że wypadałoby brać jakąś wodę czy coś innego do uzupełniania płynów, ale nie miałam butelki. Spędzam kilka dni szukając jakiejś fajnej, a skończyło się na wzięciu najprostszego modelu. Później tłumaczenie, że przecież pogoda nie ta, że trzeba się pouczyć na zajęcia, że to, że tamto...

https://cdn.pixabay.com/photo/2013/10/17/18/20/believe-197091_1280.jpg
Źródło: Pixabay

W ten sposób z pierwotnego pójścia w okolicach drugiego tygodnia lutego, finalnie zebrałam swoje cztery litery dopiero w maju! No poślizg niesamowity, przyznaję bez bicia. Tamtego dnia miałam zajęcia w innej części miasta, więc od razu po zajęciach podjechałam pod siłownię. Wysiadłam z przystanku tramwajowego, zerknęłam na mapkę czy dobrze idę i dzielnie maszerowałam. Duży znak informował, że trafiłam pod dobry adres. Ogromna działka otoczona płotem, cały kompleks różnej maści aktywności, ale mnie interesowała jedynie siłownia... I tutaj zaczął się problem. Mijam kolejne budynki, ale nigdzie znaku, ani graffiti, albo czegokolwiek innego wskazującego na mój cel. Postanowiłam pójść przed siebie i mieć nadzieję, że gdzieś trafię. Przechodząc obok kortów tenisowych, mijałam pokaźne krzewy. Przydałaby się im ręka ogrodnika, ale macham na to w myślach ręką. Idąc dalej w tym gąszczu zobaczyłam szklane drzwi i zielony, chropowaty dywan. Weszłam do środka, zastając obraz, który mignął mi w google. Trafiłam na miejsce, zastanawiając się przez moment czy na pewno to tutaj. Przeklinałam pod nosem, że ścieżka była słabo oznakowana. Później porozmawiałam z obsługą, dowiedziałam się wszystkiego co potrzebowałam... I wróciłam do mieszkania.
https://cdn.pixabay.com/photo/2017/10/31/00/17/footpath-2903902_1280.jpg
Źródło: Pixabay

Spokojnie, pod koniec tego samego tygodnia poszłam na siłownię, tym razem nie zrobiłam sobie wymówki... Chociaż było ciężko, bo wewnętrzny leniwiec wolał, żebym znowu okupowała łóżko i wcinała jakieś przekąski. Nie ma tak dobrze!

KOMENTARZE

  • suchy

    Siłownia to dobra rzecz! Jak mieszkałem w jednym miejscu to cwiczylem na siłowni na świeżym powietrzu, w końcu z podatków postawione to korzystałem :) brakuje mi trochę tego, ale odpukać brzucha nie zapuscilem :)

  • kuchniawedwoje

    Zacząć jest najtrudniej, a po kilku / kilkunastu razach wchodzi to w nawyk i nie jest już tak trudno:)