BLOGCZEJNalpha

Wspomnienia kulinarne dzieciństwa i zupa nic

Dzieciństwo w czasach późnego PRL-u wiąże się ze wspomnieniami pewnych smaków, produktów i dań. Mam takich wspomnień całkiem sporo. O niektórych postanowiłam dziś napisać. Zaznaczę na wstępie, że byłam dzieckiem lubiącym zjeść, ale nie lubiłam bardzo wielu rzeczy - czyli talerz mógł być wypełniony, byle nie... i tu nastepowała dość długa wyliczanka.

Miłych wspomnień jest całkiem sporo. Domowe naleśniki z dżemem, pierogi leniwe, ruskie (z mięsem i z kapustą już nie lubiłam), pomidorowa z makaronem (z ryżem nie lubiłam), kotlety mielone, kiszona kapusta, ziemnaki tłuczone - to w dzieciństwie były moje najulubieńsze dania. Pamiętam kogel-mogel kręcony w kubeczku - to była przepyszność. Murzynek pieczony w prodiżu, chatka z twarogu. Moja mama pracowała w mleczarni, była księgową, ale deputat w postaci wyrobów mleczarskich otrzymywali wszyscy pracownicy. W domu był zatem dobry twaróg, masło, śmietana. Samo mleko było dość nisko w moim dziecięcym rankingu spożywczym, ale już inne produkty pochodzenia mlecznego lubiłam bardzo. Najbardziej chyba serek homogenizowany z truskawkami.

Pamiętam doskonale blok. Specyficzny wyrób branży cukierniczej, sprzedawany na wagę, luzem. Przepisów w domowych przepiśnikach jest sporo, w sieci jeszcze więcej, można również kupić blok, ale to nie jest ten sam blok co w latach osiemdziesiątych. Wiem, brzmi śmiesznie, wszyscy starsi ludzie tak mówią, ale przy bloku będę się upierać, bo obadałam sprawę. Prawdopodobnie PRL-owski blok nie zawierał masła, mleka w proszku i herbatników, zapewne inna była też jakość i ilość kakao w składzie. Podejrzewam, że składnikami do wyrobu bloku były raczej: utwardzony tłuszcz roślinny (palmowy?), serwatka w proszku i łom waflowy. Cukier był jaki jest.

Czerwoną oranżadę kupowało się po szkole w pobliskim "pawilonie" (sklep spożywczy HPS Samopomoc Chłopska), oczywiście "na miejscu", żeby nie płacić kaucji za butelkę, która wówczas była dość wysoka. Butelek trzeba było pilnować, a i znalezioną podczas zabawy czy spaceru opłacało się podnieść, wypłukać i zanieść dosklepu. Pani sklepowa wypłacała żywą gotówkę do rączki.

W moim miasteczku zawsze było jedno lub dwa "okienka" z lodami. Pamiętam jedno w rynku. Były to lody z automatu, zwykle śmietankowe, czasem śmietankowo-kakaowe. W miasteczku była również lodziarnia w sensie wytwórnia lodów. Produkowali lody Calypso, Cassate i moje najulubieńsze - Domino. Domino to były małe śmietankowe kosteczki w dość sztywnym sreberku z czerwonymi napisami. Nie miały żadnych dodatków ani wafelka, jadło się je w domu po przełożeniu na talerzyk lub do miseczki. Z czasem lodziarnia zaczęła również produkować lody Panda - na patyku. Nazwa była częściowo myląca, bo były też "pandy" o wyglądzie chłopka w kapeluszu. Kapelusz i oczy były kakaowe albo czekoladowe. Trzeba było z nimi uważać, bo kapelusz miał tendencję do odłamywania się i lądowania na chodniku albo na gorsie jedzącego.

Pamiętam, że nie lubiłam marchwi, cebuli, świeżych ogórków, sałaty, szpinaku, buraków, rzodkiewki, kalarepy, rzepy ani rzodkwi. Przepadałam za pomidorami i kalafiorami. Brokułów nie pamiętam, nie jestem pewna, czy były. Bardzo lubiłam nieczęsto dostępne cytrusy, niespecjalnie przypadły mi do gustu banany, które pierwszy raz jadłam w potaci niezbyt dojrzałej. Jako okropieństwa wspominam salceson i pasztetową. Kaszankę wtedy akceptowałam. Jako wyjątkowe paskudztwo zapamiętałam krupnik mojej babci.

Są też inne kulinarne wspomnienia - koszmarki. Zupy mleczne w przedszkolu. Unoszący się już w szatni zapach przypalonego mleka zwiastował zupę "budyniową" czyli budyń kakaowy na rzadko. Oczywiście z posmakiem i zapachem przypalonego wcześniej mleka. Brak zapachu oznaczał, że będzie mleczna z ryżem albo mleczna z makaronem typu świderki. Obowiązkowo z kożuchem, którego do dnia dzisiejszego szczerze nienawidzę i brzydzę się nieco. Pal licho zupy mleczne. Po latach, gotując już samodzielnie udało mi się je polubić. Ale ja używam takich "frykasów" jak cynamon, wanilia, owoce, wiórki czekolady, kawa, orzechy przeróżne. No i nie serwuję z kożuchem.

Gorsza sprawa ze wspomnieniem szkolnym. W miesiącach zimowych na przerwie śniadaniowej dostawaliśmy gorący napój. Nosiło się do szkoły kubeczek. Nie pamiętam, aby ktoś miał jakiś oryginalny kubek - dominujący był jeden model zwany garczkiem, metalowy (a więc nietłukący), emaliowany (a więc często nieco obity), z uchem metalowym emaliowanym (a więc po napełnieniu gorącym napojem parzący w ręce), pojmność "ćwiartka". Pojemność miała mniejsze znaczenie, bo można było chodzić po dolewki. Co serwowano uczniom dla rozgrzania i pokrzepienia? Bardzo, bardzo słodką herbatę czarną, mocną - w intensywnym herbacianym kolorze. Myślę, że była to herbata z takim czteropłatkowym kwiatkiem na opakowaniu - taka zwykle była w sklepach. To była opcja numer jeden . Dziś bym nie dała rady - tak słodka herbata byłaby dla mnie nie do wypicia. Wtedy wszyscy słodzili tę czarną herbatę, a i my jako dzieci chyba po prostu lubiliśmy słodkie. Opcja numer dwa - koszmar senny czyli kawa zbożowa z mlekiem przypalonym, kożuchem i porządną dawką cukru. Tak sobie teraz myślę, że chyba panie kucharki gotowały to mleko w jakimś wielkim garze i pewnie jak cała objętość zawrzała, to już na dnie się przypalało. No nie było w szkole siły na to mleko do kawy, zawsze przypalone nutki gratis. Kawy zbożowej nie lubiłam przez jakichś dwadzieścia kolejnych lat. Przekonałam się do niej całkiem niedawno - piję bez mleka i bez cukru.
I jeszcze niby drobiazg, ale jednak we wspomnieniach pozostało jako zdecydowany negatyw. Sposób "serwowania" szkolnego pićka. My mieliśmy metalowe garczki, a kuchnia miała metalowe emaliowane wiadra i chochle do kompletu. Pani woźna roznosiła te wiadra z napojem do klas. Piło się w klasach I-III, w starszych już nie. Jak wiadomo młodsi mają lekcje w jednej sali. Kilka minut przed dzwonkiem na przerwę śniadaniową (piętnastominutówkę) pojawiała się pani woźna z pełnym wiadrem i chochlą. Po dzwonku "Wyjmujemy śniadania!", "Proszę do kolejki" i nalewanko. Pierwszakom pomagała pani, od drugiej klasy samoobsługa.

Pomna różnych swoich nielubień z dzieciństwa, dla własnych dzieci mam w tym względzie dużą wyrozumiałość. Nie zmuszam do jedzenia, wręcz czasem trochę skąpię (zwłaszcza, gdy pomiędzy posiłkami pojawia się "mamooo, coś bym zjadł"). Rozumiem, że niektóre smaki po prostu dzieciom nie odpowiadają. Z drugiej strony dzieci zaskakują mnie szeroką akceptacją pokarmów, których ja jako dziecko nie lubiłam. Warzywa lubią prawie wszystkie (surowej cebuli nie), akceptują już sporo ziół i przypraw, owoce jedzą wszystkie, lubią zupy, surówki, sałatki. Córka lubi kożuch z mleka. Oboje przepadają za kawą zbożową - przygotowuję im tak jak cappuccino, ze spienionym mlekiem i łyżeczką cukru lub miodu. Uwielbiają również zupy mleczne, ale tak jak wspominałam używam sporo dodatków a także kasz i płatków. Z makaronem mlecznej nie gotuję, budyniu "na rzadko" też nie.

Gotuję za to zupę nic i jest to chyba ulubiona zupa mleczna - deser moich dzieci. W czasach mojego dzieciństwa bywała na podwieczorek w sobotę - gotowała ją moja mama. Za PRL-u oczywiście nikt nie wiązał składu zupy nic z kremem angielskim (crème anglaise) w wersji z większą objętością mleka. O istnieniu crème anglaise dowiedziałam się dopiero jako osoba dorosła, podobnie jak o innych, bardziej wykwintnych wersjach tego deseru.
Pozwólcie, że przejdę teraz do części praktycznej, czyli przywoływania wspomnień z dzieciństwa metodami organoleptycznymi.

Zupa nic

konkurs.jpg

Składniki na 3 porcje:

  • 0,5 litra mleka
  • 2 jaja
  • 5 łyżeczek cukru
  • szczypta cynamonu
  • owoce, mięta
IMG_6092.JPG IMG_6093.JPG

Zaczynamy od wstawienia mleka do zagotowania. Do mleka dodajemy 3 łyżeczki cukru i szczyptę cynamonu. Zanim mleko zacznie wrzeć (i kipieć) szykujemy jajka. Na płytach indukcyjnych mleko można zagotować bardzo szybko, więc albo dajemy niedużą moc, albo zaczynamy od jaj. Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy na sztywno, dodajemy 2 łyżeczki cukru i jeszcze chwilkę ubijamy. Następnie przez chwilę miksujemy żółtka.

IMG_6094.JPG IMG_6095.JPG

Z ubitego białka robimy kluseczki - chmurki. Gdy mleko zaczyna wrzeć, kładziemy na nie łyżeczką porcyjki białka. Ścina się momentalnie, kilka sekund, przewracamy, kilka sekund, wyjmujemy. Można wyjąć na talerz albo od razu do docelowej miseczki. Po wyjęciu chmurek bierzemy ubite żółtka i hartujemy je gorącym mlekiem. Oznacza to, że wlewamy łyżkę mleka do żółtek, mieszamy, wlewamy jeszcze łyżkę, mieszmy i tak jeszcze ze dwa razy. Dzięki temu żółtka wlewane do mleka nie zetną się w jajecznicę tylko gładko rozprowadzą w mleku i zagęszczą je. Gotujemy chwilkę mieszając cały czas i przelewamy do miseczek.

IMG_6097.JPG IMG_6100.JPG

Jeszcze dodatki. Dziś udało mi się nie zjeść od razu kilku truskawek, przyniosłam też jagody kamczackie z ogródka. No i świeżutkie listki mięty.

A jakie są Wasze kulinarne wspomnienia z dzieciństwa?


https://steemitimages.com/DQmT6uZyso2VC966MqE2EjWjqXEckbZqE4yvS2NRwWtMXth/Ja.jpg

Post powstał w ramach Tematów tygodnia #29 jako nawiązanie do tematu 3. - Bo każdy dorosły był kiedyś dzieckiem!
Zdjęcia mojego autorstwa oraz jedno z albumu rodzinnego.

Post zgłaszam również do Konkursu kulinarnego (10). Tematem tej edycji jest dowolna zupa.

Zapomniałam (jak zwykle) o zdjęciu z karteczką. I hit dnia - przy doróbce fotki aparat wpadł mi do zupy. Nie próbujcie tego w domu. :D

KOMENTARZE

  • fervi

    A jakie są Wasze kulinarne wspomnienia z dzieciństwa?

    Bułka z mlekiem i cukrem

  • pkocjan

    Super wpis :) też nie lubię kożucha w mleku. A z dzieciństwa pamiętam placki pieczone na płycie pieca kuchennego.

  • sisters

    Chleb z masłem i solą 😉

  • gural0000

    ewentualnie chleb z masłem i cukrem ,
    babcia mi kiedyś robiła jeszcze śmietanę z cukrem.
    zupa polewajka

  • wadera

    Ależ mnie zalała fala bliźniaczych wspomnień :)
    z dyżurnych prl-owskich deserów - "andrut" (piszinger), "pianki" (bezy), kogel-mogel, czekolada kryzysowa z mleka w proszku; przekąski - chleb z cukrem (lub ze śmietaną i cukrem w wersji na bogato), kapusta kiszona albo kalarepa z osiedlowego warzywniaka, napoje: cytrynada w woreczku... Nienawiść po grób: kożuchy z mleka!
    A na szkolnej stołówce też nam polewali z metalowych wiader :D

    Jednak... nigdy nie poznałam zupy nic! To dla mnie absolutna nowość :)

  • anka

    A chleb z ruską kiełbasą jedliście? Tato robił najróżniejsze "kanapki", szedł do ogródka po szczypiorek, rzodkiewki, truskawki (a my za nim jak gęsi) jako dzieciaki. Wszystkie te składniki, i wiele innych, lądowały na chlebie w różnych kombinacjach. My tylko dzioby otwieraliśmy.

  • shogunma

    Tego nie znałem. Coś podobnego mama robiła na mleku. Jakieś jajka tam były wlewane. Nie pamiętam już dokładnie i było na słodko. Pozdrawiam.

  • rozku

    ulubiony smak dzieciństwa?
    budyń waniliowy z sokiem malinowym :)

    znienawidzona potrawa ze szkolnej stołówki?
    bułki na parze (buuły takie)
    byłam w tym odosobniona,
    i zawsze miałam kolejkę kolegów, którzy mogli liczyć na to, że im je odstąpię)

    świetny artykuł, pełen sentymentalnych smaków:)

  • sweetsandbeyond

    Bardzo miło wspomnieć kulinarne ekscesy z przed dekad. Mam w domu rodzinnym przepis na “Zupę Nic” mej babci. Nigdy nie zrobiłam...
    Myślę, że moja córeczka jutro na śniadanie będzie ja smakować;) Już się nie mogę doczekać by jej opowiedzieć o tych wspaniałych kanapkach z musztada czy woda z cukrem.

  • andzi76

    Kogel-mogel, chleb z cukrem i polany wodą, placki na naleśniki maczane w tłuszczu, Fajne wspomnienia. Ale faktycznie kiedyś to jakoś inaczej wszystko smakowało.

  • gural0000

    przypomniał mi się jeszcze chleb z masłem smażony na patelni :)