BLOGCZEJNalpha

Małe i wielkie księgi

Gdy Tematy Tygodnia doprowadziły mnie do Martin Beck Award, zaczęłam się zastanawiać, z czym właściwie kojarzy mi się Szwecja. Rzeczywiście, w pierwszej kolejności z literaturą - ze szwedzkimi kryminałami, o których słyszałam, ale do tej pory po nie nie sięgnęłam (po młodzieńczym zakochaniu w Chmielewskiej przyszedł czas na Agatę Christie, a potem odwróciłam się od tego gatunku). Właściwie o tych szwedzkich kryminałach pomyślałam pewnie tylko dlatego, że przeczytałam o rzeczonej nagrodzie - tak naprawdę, to gdy myślę "Szwecja", widzę oczyma wyobraźni dzieci z Bullerbyn i Pippi Pończoszankę.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/92/Pippi_Langkous_in_Nederland_1_%28crop%29.jpg
źródło

Niech pierwszy rzuci we mnie ciastkiem ten, kto będąc dzieckiem nie chciał mieszkać w Bullerbyn! Astrid Lindgren stworzyła niesamowity dziecięcy świat, ba! żeby tylko jeden... "Dzieci z Bullerbyn" i "Pippi Pończoszanka" są w Polsce chyba najbardziej znane, pewnie ze względu na wciągnięcie na listy lektur szkolnych i ekranizacje. Starsze pokolenia kojarzą też Emila ze Smalandii, strasznego łobuziaka, za wszystkie przewinienia karanego zamknięciem w drewutni przez nieubłaganego ojca. Polska Wikipedia wymienia 26 powieści napisanych dla dzieci przez Astrid. Dlaczego tak je pokochaliśmy?

Przede wszystkim autorka potrafiła pisać dla dzieci, ale nie dziecinnie. Jej powieści przesycone były barwnymi postaciami przeżywającymi mnóstwo niesamowitych przygód. A ponieważ bohaterowie zwykle byli zwyczajnymi, psotnymi dziećmi, mieszkającymi na zwyczajnych podwórkach, mającymi zwyczajnych, nieraz utyskujących rodziców, każdy z małych czytelników mógł się z nimi utożsamiać. Z drugiej strony, właśnie dzięki temu pisaniu "dla dzieci, ale nie dziecinnie" książki pani Astrid dorosłego wciągają i bawią tak samo, jak dziecko - są idealne do czytania starszym maluchom do snu bez doprowadzania rodzica do śmierci z nudów. Muszę się przyznać, że ostatni raz czytałam "Dzieci z Bullerbyn" raptem parę miesięcy temu, zwyczajnie z chwilowego braku lepszej lektury - i nadal mnie to wciągało!

Chcąc sprawdzić, czy może nie zapomniałam o którejś jeszcze ze szwedzkich autorek z mojego dzieciństwa (przez chwilę wydawało mi się, że "Muminki" są ze Szwecji, ale Tove Jansson była Finką), wygooglałam "szwedzkie książki dla dzieci". Cóż mogę powiedzieć... czasy się zmieniły. Obecnie pierwsze wyniki wyszukiwania dla tej frazy prowadzą do stron z zachwytami nad szwedzka serią "Mała książka o..." Pernilli Stalfelt. Podobno autorka pozwala dzieciom oswoić trudne tematy, bo w rozmowach z maluchami nie ma tabu. Jej "dzieła" rzekomo dowodzą, że można otwarcie mówić o własnym ciele, również w wymiarze intymnym. "Mała książka o kupie", "o miłości", "o śmierci"...

Również ze Szwecji, ale już od innych autorów, pochodzą "Wielkie księgi" - "siusiaków" i "cipek" oraz "Mała książka o miesiączce". Dla ścisłości - ciąg dalszy nie dotyczy ostatniej pozycji, o której niewiele wiem (choć po krótkich poszukiwaniach w internecie mam wrażenie, że - w przeciwieństwie do pozostałych -jest dość sensowna i rzeczowa).

Jasne, że dla dzieci nie ma tabu. Chcą wiedzieć o wszyyyystkim - po co, dlaczego, jak, czy naprawdę? Jednak na pewne tematy wolałabym z dzieckiem rozmawiać osobiście, zamiast odsyłać je do książek... No ale dobrze, załóżmy, że rodzic nie czuje się kompetentny, ogarnia go zażenowanie, albo ma trudności z wytłumaczeniem prostym językiem spraw bardziej zawiłych - wtedy książka może być rozwiązaniem. Ale błagam... Te z listy po prostu odrzucają mnie. Na pierwszy rzut oka estetyką - ilustracje są okropne, zwyczajnie brzydkie, chyba w zamyśle autorów rysowane "po dziecięcemu". Po drugie, czy takie książki naprawdę czegoś dziecko nauczą? Czy to będzie faktycznie to, co chcielibyśmy mu przekazać i co jest mu potrzebne? "Wielka ksiega siusiaków" uraczy nas całą stroną synonimów masturbacji, "Wielka księga cipek" uradowaną babeczką, która odnalazła punkt G, wielka księga o kupie... Eh, szkoda gadać.

Na koniec dobra rada: czytajcie dzieciom, kupujcie im książki, ale koniecznie w pierwszej kolejności czytajcie je osobiście, żeby Was potem syn w sklepie nie zapytał... czy często "marszczycie trąbę".

Post zgłaszam do Tematów Tygodnia (temat 1.: Martin Beck Award).

PS. Doczytałam, że Tove Jansson będąc Finką, pisała po szwedzku - zatem Muminki są takie szwedzko-fińskie :)

KOMENTARZE