BLOGCZEJNalpha

Zapiski z piekła #1

zen-stones-2774524_1280.jpg

Mam niesamowity syf w głowie. Miał być spokój, a jest coraz większa burza.

Mam burdel w głowie. To, co się w niej dzieje nadaje się albo do spalenia mnie na stosie albo do napisania książki. Jak się zabić? Nie każda śmierć mi odpowiada. Nie dałabym rady się powiesić. Od zawsze mam fobię na punkcie braku tlenu. To silniejsze nawet od woli śmierci chyba, że to wola życia jest taka mocna? Myślę sobie tak romantycznie, że tabletki to dobry plan. Popijam kawę, od której jestem uzależniona. Zdecydowanie zniechęciłam się do cięcia żył. Za dużo syfu, jestem litościwa, po co ktoś ma to sprzątać? A tym bardziej oglądać. Ja raz widziałam i ratowałam człowieka tonącego we własnej krwi, dziękuję, postoję. Choć równie dobrze brzmi postrzał. Jednak trochę za leniwa jestem na to, żeby robić pozwolenie na broń, a nie mam znajomości na czarnym rynku. Zajadam ciastko i głaszczę psa. A może skok z mostu? Przecież nie umiem pływać, więc jeśli nie zabije mnie uderzenie w taflę rzeki to zabije mnie sama woda. Nie. Zbyt widowiskowe, nie zrobię tego rodzinie. W sumie to czasem dobry ze mnie człowiek.

Wyciągam papierosa z paczki i dobrze go oglądam. A może właśnie to mnie wykończy? Nie, nie sądzę. Gdyby miało mnie wykończyć to z chwilą diagnozy pozbawiłabym się sama życia. Wolę szybko i na własnych warunkach niż zostać człowiekiem cierpiącym katusze pomimo morfiny. Nie mam ochoty oglądać księdza na ostatnim namaszczeniu. Odpalam papierosa i głęboko się zaciągam. A kiedyś przecież nie było mi tak daleko do kościoła i wiary. W chwili największego w życiu kryzysu w liceum byłam na rekolekcjach ignacjańskich. Trzy dni zamknięta w klasztorze w ciszy, żeby kontemplować pismo święte z jezuitami (Jezu, jacy to są zajebiści ludzie). W sumie w moim przypadku nie były to rozmowy na temat Biblii, a na temat życia. Serio, pomogli mi powstać z kolan. Plus to otoczenie, klasztor zimą, to jest mega. Kaplica w klasztorze, w której klęczy ze świeczką jedna, jedyna samotna zakonnica. Widok pustej kaplicy, do której wchodziłam, żeby pogadać ze stwórcą kimkolwiek miałby być. A może, żeby pogadać sama ze sobą? Zakonna kuchnia tak niesamowicie czysta i piękna mimo swojej biedy. I żadnego księdza. Bo zakonnik to nie ksiądz, to ktoś zupełnie inny. Spada mi popiół na spodnie, kurwa. Wróciłabym tam chyba. Gdybym tylko potrafiła uwierzyć, że po raz drugi będzie w stanie mi to pomóc. Jednak dzisiaj jeszcze dalej mi do Boga niż kiedykolwiek w życiu.

Wstaję do lodówki, otwieram i patrzę. Dopiero 11 rano, czy można się już napić? Niby nie, ale w sumie czemu? Kim jest ktokolwiek na świecie, żeby ustalać ramy czasowe kiedy można pić, a kiedy to nie wypada? Czy człowiek, który o 11 rano wypije drinka jest gorszy od ochleja, który wlewa w siebie hektolitry wódki na baletach i kończy zarzygany gdzieś w bramie? Mam to w dupie, zrobię sobie tego drinka. Ciężko być blisko Boga, gdy ma się racjonalny umysł i jednocześnie widzi taki ogrom cierpienia. Widzę tu za duży kontrast. Wierzący mówią mi, że Bóg jest dobry. Potem jadę do szpitala na oddział onkologiczny bawić się z dziećmi i nie mogę go tam znaleźć wcale. Gdzie sens choroby śmiertelnej dla półrocznego dziecka, a takie były chyba najmłodsze, które widziałam? Gdzie sens w tej rozpaczy ukrytej w oczach rodziców? Naprawdę ktoś, kto jest wszechmogący jest dobry? Nie wiem. Zapalam papierosa. Nie umiem w to uwierzyć. Ale nic mi do tego, że ktoś wierzy. Zaciągam się i puszczam kółeczka. W sumie trochę zazdroszczę ludziom wiary. To ważne, żeby w coś lub kogoś wierzyć. Myślę, że to bardzo pomaga. Te pety z popielniczki to zdecydowanie muszę posprzątać. Znam zresztą historie ludzi, których wiara zmieniła życia i zazdroszczę im tego tym bardziej. Chociaż tak patrząc na to jaki cyrk ludzie w tym kraju robią z wiary to tym trudniej mi uwierzyć. A zresztą chyba bliżej mi do innych wierzeń. Szklanka pusta.

W sumie może drugiego by sobie zrobić. Kto mi zabroni? Nie muszę iść do pracy, nie muszę nic. A niech będzie. Siadam do komputera, wrzucam słuchawki na uszy i myślę. Na jednym monitorze odpalam sobie spotify z muzyką, która zaraz pewnie potarga mi bebechy, na drugim jakąś gierkę. Po kilku łykach, które rozprowadzają przyjemne ciepło w środku stwierdzam, że nie chce mi się grać. Rozkładam fotel i siedzę wywalona jak żaba na liściu słuchając muzyki. To chyba taki dzień depresyjny. A podobno największe kryzysy ludzie mają na przestrzeni jesieni i zimy. A gówno tam. Jak mawia Bonson w kawałku, którego właśnie słucham Rok mija i mi chyba trochę przykro mimo, że kurwa nic w tym roku mi nie wyszło... No. Idealny opis mojego. Wypijam pół szklanki na strzał. Tak było od jebanego pierwszego stycznia. Monika, która zmarła w sylwestra. Nie wiem co bardziej mnie boli to, że straciłam bratnią duszę czy to w jakich okolicznościach. Ludzie w moim wieku nie umierają nagle, a przynajmniej nie powinni. W ogóle to już z miesiąc nie byłam na grobie. Jakoś nie umiałam. Płaczę nad nim do tej pory i do tej pory pierdolę do Ciebie jak walnięta licząc na to, że serio mnie słyszysz. Brak mi Ciebie od prawie dziewięciu miesięcy. Za parę dni minie dziesięć lat jak się znamy. Znałyśmy? Tym ciężej to wziąć na klatę.

A zresztą pozostała część roku nie była lepsza. Rok podzielony na tyranie po 8 - 15 godzin. To w tym roku miałam swój rekord życia pracowania 24 czy 26 godzin non stop. Nawet nie pamiętam, może i dobrze. Zapalam papierosa. Czy tego chciałam od życia? Czy tego chcieli dla mnie moi bliscy? Patrzą z boku i gratulują, ulalalala, dobrze Ci się wiedzie. Nie widzą kosztów, nie widzą mnie jak ja się z tym czuję. Nie widzą czy nie chcą widzieć? Sucho w szklance, już po dwóch drinkach nie mam oporów czy powinnam pić w dzień czy nie, nalewam następną szklankę. Raz jeden w życiu usłyszałam od ojca, że jest ze mnie dumny. I to tylko dzięki pracy. To chyba wieczna chęć (bardzo niekontrolowana, bo chętnie bym się jej pozbyła) sprawia, że tak wypruwam sobie żyły w pracy. Wybucham śmiechem. Jaki to paradoks, piję od rana i mam życie w rozsypce, a jestem przodownikiem pracy. Przynajmniej może nigdy nie skończę na ulicy. Podkręcam muzykę na słuchawkach, które kocham za to, że potrafią walnąć takim basem.

Biorę telefon do ręki. Wykręcam numer Męża. Dalej mam go tak zapisanego w telefonie. Dalej mam zdjęcie, które uwielbiam najbardziej na świecie przypisane do kontaktu. Dalej wyłączony. Wiem, bo sama go wyłączałam po pogrzebie, ale nie umiem nie dzwonić. Szarpie mnie ten rok niesamowicie. Kładę nogi na biurko i zastanawiam się co by było, gdyby stąd wyjechać? Zaproponowano mi wyjazd nie dalej jak wczoraj do innego państwa. Praca, o której kiedyś marzyłam. W państwie z grupy państw, o których marzę. Za pieniądze jakieś cztery, pięć razy większe niż zarabiam teraz. Musiałam odmówić. Czy dobrze zrobiłam? Chyba tak. Wiem, że wyjeżdżając tak daleko i mając do dyspozycji tak wielkie pieniądze zaćpałabym się albo zapiła na śmierć. Nie jestem gotowa. Poza tym babcia z dziadkiem by się zapłakali. I to dla nich jestem tutaj i jeszcze trzymam fason.

Zapalam papierosa. Pamiętam 5 2 Dębiec miał taki kawałek o papierosie. I trochę się też tak czuję. Żyłam sobie w letargu czytaj fajka leżała w paczce. Później poznałam Waldka i był wielki wybuch, ogień, temperatura i w ogóle wow. A teraz jestem sobie takim wypalonym strzępkiem. Otrząsam się i próbuję od siebie odsunąć te myśli.

Jest prawie 15. Myślę, że teraz to już można chyba oficjalnie pić. To taki elegancki alkoholizm. To tak lepiej trochę brzmi, podobno. Patrzę w okno na strzępki chmur, które się w końcu pojawiły. Opieram kark o oparcie fotela i wlewam w siebie resztkę drinka. Co poszło nie tak w moim życiu, że sama ze sobą czuję się tak źle? Stop. Paula, pierdolisz. Przecież ja się nie czuję ze sobą źle. Wstaję wsypać lodu do szklanki, zalać wódką i spritem. Ja mam totalny bipolar. W jednej chwili czuję się ze sobą jak gówno, które twierdzi, że powinno się zabić po czym stan przechodzi w dziki zachwyt swoim życiem, come on, mogę pić od rana, jestem wspaniała. Z bipolarem to ja chyba nigdy nie wygram. Mam poczucie choć mogę się mylić, że lepiej jest mieć tylko depresję niż depresję przeplataną epizodami manii. Bardziej mnie wykańcza chyba ta mania, bo gdy mija czuję się jakbym skakała z drapacza chmur na ryj. I jeszcze ciężej mi się podnieść. Walić chorobę afektywną dwubiegunową.

Włączyła mi się na spotify Demi Lovato. Ta dziewczyna mnie w chuj boli. Moja rówieśniczka. Najlepszy przykład jak można ze szczytu walnąć się na ten głupi ryj. Dziwnym trafem ostatnio bardzo dużo jej słucham, co trochę kłóci się z moim gustem muzycznym, ale jakoś mi odpowiadają niektóre jej piosenki. Zwłaszcza jak człowiek wie, o czym ona śpiewa. A o dziwo śpiewa z sensem. Nie zawsze, ale jednak. Fajeczka. Zastanawiam się, czy mogłabym mieć takie pieniądze jak ona? Chyba. Ale zdecydowanie ktoś musiałby mnie zabrać na specjalistyczną terapię i trzymać krótko za mordę. Inaczej pewnie piłabym codziennie od rana do wieczora. Blech.

Robię się trochę głodna. Nie chce mi się gotować. Mam awersje do mojej kuchni, bo to było jego królestwo. Ja nie lubię gotować i zawsze będę się upierać przy tym, że nie umiem dlatego tak ciężko mi przyjąć jak ktoś mi mówi, że mu smakuje moje jedzenie. Walić to, zamawiam jedzenie. Dolewam do szklanki i martwię się, dlaczego tak ciężko przychodzi mi upicie się? Może jakbym mogła się szybciej upić to rzeczywistość byłaby bardziej znośna?

Robi się prawie 17. Jem i nalewam sobie następnego drinka. Włączę sobie film. Siedem dusz zdecydowanie wpasowuje się w mój nastrój. Mimowolnie łapię się na tym, że od jakiegoś czasu marszczę brwi. Zapalam papierosa i zaczynam oglądać. Kocham ten film. Popijam drinka i myślę sobie, że tak mogłabym umrzeć choćby dzisiaj. To pewnie dlatego mam podpisane oświadczenie woli o oddaniu organów. To pewnie dlatego chciałam komuś bliskiemu oddać nerkę choć niestety się nie udało. Mam w sobie silne pragnienie zbawienia świata wywołane pewnie tym, że nie umiem zbawić sama siebie. Wydzwaniają do mnie znajomi, żeby wyjść na osiedle. Spoko, film poczeka. Wykąpię się, wyprowadzę psa i idę.

Wrzucam na nogi najki, ubieram baggy, czarną koszulkę i wypadam z domu jak po ogień. Spotykam się, siema, siema, ja też lubię te ławki. Jest koło 20, zaraz będzie się ściemniać. Jestem po kilku drinkach, ale nie czuję nic. Idziemy do sklepu. Kupuję dwa piwka, mój ukochany Lech Pils. Siadamy i gadamy. A co tam, a jak tam, a ta Anka to się ostatnio roztyła, a chłopaki to się zaraz będą tłuc dla sparingu na boisku, a patrzcie jacy tam fajni goście grają w kosza. Jest z nami mój były z gatunku tych, z którymi nie wspominamy naszej historii, ale bardzo się szanujemy i lubimy. Parę razy już do mnie podbijał, ale nie chcę go, zdecydowanie. Czuję się dobrze chociaż nie wiem, czy to dobre określenie mojego stanu. Coś pomiędzy tym, że poszłabym do wesołego miasteczka tyko po to, żeby się później zabić. Jestem jak na mnie względnie wyluzowana. Ktoś podaje blanta. Tak, tak, tak. Upodlijmy się dzisiaj. Chłopaki się coraz bardziej między sobą spinają. Nie lubię takich akcji ani takich ludzi. Nie umiesz pić to nie pij, nie umiesz palić to nie pal. Wykręcam się z towarzystwa, wpadam jeszcze do baru na drinka z kumpelą z liceum. Z zatroskaniem pyta mnie jak się czuję, a ja kłamię, że jest super. Chyba mi nie wierzy, trudno chociaż jestem wdzięczna, że pozwala mi udawać, że właśnie tak jest. Otacza mnie opieką, której potrzebuję w danej chwili.

Robi się coś koło północy, zamawiam taxi i jadę do domu. Witam się z psem i robię sobie drinka. Zalegam przy kompie ze słuchawkami na uszach. Wrzucam na słuchawki VNMa. Czuję jak dramat zaczyna mi się rozlewać po sercu i głowie. Zaczynam się ratować grami. Zajebiście sprawdza się CS. Trzeba gadać z ludźmi poza tym ta gra serio mnie kręci. No i ćwiczę angielski, z którym idzie mi coraz lepiej. Biorę przerwę, robię kolejnego drinka, po meczu wyłączam grę.

Zastanawiam się, kto przyjdzie na mój pogrzeb. Robi się prawie 2 w nocy. Czy klasa z liceum też się tak zmobilizuje jak w przypadku Moniki? Może nie byłam tak lubiana jak mi się wydaje? Na pewno osoby, które ja kocham okażą, że kochały mnie? Mam ochotę wyjść z domu i iść w cholerę. Nie wiem dokąd i po co. Potrzebuję zrobić coś, co odsunie ode mnie złe myśli. Nalewam drinka. Myślę jakiego jeszcze mixa substancji ogólnie niepożądanych jeszcze w siebie wrzucę. Przybieram taktykę na dzisiejszy wieczór. Szybko się nawalę i zasnę.

Kolejny drink. Wyrzucam sobie brak walki o własne życie. No chyba, że mam zryw manii to walczę. Tylko to trochę za mało, o siebie trzeba walczyć zawsze. Zawsze albo wcale? Przez te zrywy walki czuję się niestała w uczuciach, a taka nie jestem. Mam żelazne zasady i źle mi z tym, że ostatnio to wszystko padło na ryj. Czuję się źle sama ze sobą. Odpalam papierosa, podkręcam muzykę. To chyba najgorzej czuć się źle sama ze sobą.

Wstaję do toalety i już czuję, wpływ wódki, piwa i blantów. Chociaż delikatny, ale patrzę na zegarek, jest późno, więc kalkuluję, że dużo mi już nie trzeba uwzględniając godzinę, o której zaczęłam pić. Kończę drinka i kolejnego robię dużo mocniejszego. Zastanawiam się, czy mam w domu coś, czym mogłabym sobie zrobić krzywdę w akceptowalny przeze mnie sposób. Mam, ale jednak podziękuję. Siadam do kompa i zaczynam czytać wiadomości. Wszak nadal interesuje mnie polityka i świat. Czytając o tym burdelu zapominam o sobie. I dobrze. Szybko opróżniam szklankę, robię następną. Jest koło 4.

Zaczynam się zastanawiać, czy ludzie tacy jak ja powinni w ogóle żyć. Przecież ja nic nie daję światu. Raczej jestem jego zbędnym elementem. Jedynie nakręcam przemysł monopolowy w kraju. Zapalam papierosa. Nie. Paula, nie możesz tak myśleć. Bawisz się z dziećmi na oddziałach onkologicznych. To dużo choć raczej nie pojmie tego nikt, kto na takim oddziale nie był. Do tej pory łamie mi serce widok dziecka przypiętego do miliona kroplówek, a co najlepsze te dzieci cieszą się ze wszystkiego. Nawet jak im rysuję. Pytanie czy śmieją się, bo im poświęcam uwagę czy z moich krzywych rysunków. Myślę, że to drugie, ale totalnie mi to nie przeszkadza, bo kocham te dzieciaki. Kolejny drink.

Zapadam się w fotelu i myślę jak bardzo nie chce mi się żyć. Wychylam drinka do końca.

Czuję, że mnie zamiata powoli. To dobrze, bo robi się jasno. Znowu przesiedziałam od rana do rana pijąc. Jak ja Cię Paula nienawidzę. A mówią, że podobno potrafisz być spoko..


Luźny zapisek mojej dobowej walki z własnymi myślami. Wierzę, że to stan przejściowy.

KOMENTARZE

  • ratelmiodozer

    Klepiesz jak potłuczona... ale ten alkohol może być wytłumaczeniem. Nie wierzę w te Twoje zajmowanie się dziećmi na onkologii. Znam kilka takich osób i jak nikt inny potrafią doceniać życie i się z niego cieszyć. Jak się napatrzysz na te biedne dzieci, z których część może już nigdy nie poczuć wiatru we włosach, nie pójść na spacer nie pobawić się z psem nie usłyszeć śpiewu ptaków, nie poczuć deszczu to doceniasz życie i żyjesz każdą sekundą. Mam wrażenie że tym klepaniem o cięciu się chcesz tylko zwrócić uwagę i wzbudzić litość żeby centa zebrać. Weź się w garść człowieku. Masz na faje i chlanie to znaczy, że Ci się powodzi. Skończ się użalać.

  • assayer

    Nie chcę w żaden sposób oceniać Twojej sytuacji życiowej, a nawet boję się komentować.

    Ale pisać potrafisz świetnie.

  • veggie-sloth

    Mocny tekst, ze świetną dynamiką i rytmem.
    Ja też wierzę, że to sobie wszystko dookoła poukładasz.