BLOGCZEJNalpha

Pragnę

25XI

Za oknami przeraźliwa szaruga. Chyba tylko w ten magicznie beznadziejny czas, pomiędzy Zaduszkami a Bożym Narodzeniem, jestem w stanie wyczuć aromaty w szklance whisky, o których producenci zapewniają na etykietach. Miód, lukrecja, anyż, odrobina kwiatowości, przydają tym wieczorom łagodności, kiedy w człowieku wszystko wyje i chce wyrwać się ponad okowy codziennego dnia. Zwyczajność, jeśli nie jest się z nią pogodzonym, potrafi być najokrutniejszą trucizną, która spycha człowieka w głąb uczuć cięższych i bardziej przytłaczających niż jest w stanie udźwignąć. Ostatnio często właśnie rozmyślam nad nią – nad zwyczajnością.

Niegdyś, w czasach wcale nie tak dawnych, prowadzono dzienniki i pamiętniki, w których opisywano perypetie codzienności. Można by zaryzykować stwierdzenie, że prowadzenie dzienników w czasach kiedy wali się świat, nie ma w sobie krzty literackiego heroizmu. Rolą kronikarza jest zapisywać kolejność zdarzeń – nie z potrzeby ducha lecz z obowiązku.

Zawsze chciałem pisać dzienniki, prowadzić swoją staropolską Silva Rerum, choćby po to by wieczorne myśli nie ulatywały wraz z nastaniem poranka, by nadać im trwałości, której nie mają. Nie zapomnieć tych drobnych codziennych wzruszeń, dzięki którym życie nabiera kolorów.

Nie potrafię.

Nie uważam, że mam cokolwiek istotnego do zapisania, choć zbierałem się do tego kilkukrotnie – w chwilach kiedy świat walił mi się na głowę, kiedy działy się rzeczy, o których sądziłem, że dla mojego prywatnego świata są przełomowe, i w chwilach kiedy pogrążony byłem w rutynie codziennego dnia, gdy pragnąłem uwolnić się od wschodów i zachodów słońca. Wydawało mi się to nie tylko bezcelowe, ale nawet próżne.

Niedawno natknąłem się na informację, że wydano Dzienniki Michała Römera. Kilka tomów, ponad dwadzieścia tysięcy stron, z których pierwsza zapisana została w 1911 r. Wrażenie niesamowite, i choć przecież autor istotnie żył w ciekawych czasach – dwie wojny światowe, perypetie polsko-litewskie, wyjazd do Kowna i kariera naukowa, która uczyniła z niego najwybitniejszego profesora prawa na Litwie kowieńskiej, to i jego dni – w przeważającej liczbie – musiały być po prostu zwyczajne.

Myślę, że to nie świat otaczający Römera, Bobkowskiego, Jungera i innych, był ciekawy, lecz to oni byli szaleńczo ciekawi świata. Głodni każdego kolejnego dnia i szalenie ciekawi samych siebie.

Jedna z redaktorek opracowujących spuściznę Römera wspominała, że jeszcze nigdy nie spotkała się w zapiskach mężczyzny z taką wylewnością i szczerością względem własnych uczuć. Chorobliwie mnie to fascynuje – być szczerym względem samego siebie, wylewnym w myślach, które przecież zawsze się ukraca żeby czasem nie dobrnęły do momentu, w którym należałoby skonkludować : czas zmienić pracę, rozstać się z ukochaną, oświadczyć się jej, a może przede wszystkim – wyjechać.

Ostatnio pochłonięty jestem bez reszty dziennikami Andrzeja Bobkowskiego. Zaczyna je prowadzić 20 maja 1940 r., w przeddzień hitlerowskiej inwazji na Francję, obserwując tok wydarzeń z okien swojego paryskiego mieszkania. Szkice Piórkiem liczą prawie sześćset stron, jedynie może dwieście z nich uważane jest za na tyle interesujące by opracowywać je ze studentami polonistyki. Z rozszerzonymi źrenicami pochłaniałem fragmenty o rowerowej podróży przez Francję, której podjął się autor wraz ze swym towarzyszem. Don Kichot i Sancho Pansa. Uciekając z Paryża przed wojskami niemieckimi, pchany moralnym poczuciem obowiązku walki, mężczyźni podróżują aż nad południowe wybrzeże, ponad tysiąc kilometrów. Po drodze sypiają pod gołym niebem, w stodołach przydrożnych farm. W czasie, gdy Polska skąpana jest we krwi, podziwiają Francję sytą i wesołą, rozświetloną światłami bistr i gwarem unoszącym się znad kieliszków białego wina. Nocują w ośrodkach polskich emigrantów, gdzie pomiędzy robotnikami, szeregowymi żołnierzami, a panami oficerami rozwiera się przepaść klasowa, chciało by się rzec – jeszcze stanowa. Po kilku miesiącach znowu ta sama trasa, do Paryża – do domu.

Nigdy nie rozumiałem, gdy zachwycano się nad świetnością Francji, jej intelektem i sztuką, gdy doszukiwano się w niej nowożytnej Grecji. Dopiero opis jej cichego upadku, który stworzył Bobkowski, pozwolił mi to zrozumieć. Rząd Vichy, kolaboracja, złość ludności na działania wojenne w sezonie wakacyjnym (sic!) i bezczynne czekanie na wybawienie Aliantów (byle by tylko nie lądowali w lecie, kiedy prowincja wypełniona była wczasowiczami), uzmysłowiły mi jak istotnie wielka była kultura francuska, której już nie zmierzch a dogasanie, oglądać musiał wiek XX.

Bobkowski przywarł mi do duszy, choć nie umiem czytać jego dzienników w sposób ciągły, konieczne są kilkutygodniowe przerwy, by zrozumieć tę myśl, którą powtarza za Sachą Guitry: Szczęście, to kochać stare książki i młodych autorów, młode kobiety i starych przyjaciół”.
Kilkukrotnie wracałem do strony, na której zapisany został ten cytat. Przypomina mi on, że kolory istnieją, wystarczy podnieść dłoń i po nie sięgnąć. Niestety, wtedy często się obawiam, że gdy ośmielę się wyszeptać - pragnę, będę musiał w ostatnim oddechu odchylić głowę i dodać: wykonało się – nie wiedząc czy to dobrze, czy źle.
norwid1.jpg
I nie myśl, jak Cię nauczyli w świecie

Świątecznych-uczuć świąteczni-czciciele,*

I nie mów, ziemskie iż są marne cele

Lecz żyj raz przecie...!

KOMENTARZE

  • rozku

    szczerość i naga prostota tytułu mnie złapała.

    a wcześniej kraków.