BLOGCZEJNalpha

Historia pewnego uroczego Leosia.

2.JPG

Leoś

Leoś miał 2 lata gdy został znaleziony w lesie przez dzieci, najprawdopodobniej „wypadł” z auta swojej „rodziny” jadącej na wakacje... Dzieci jak to dzieci, chętnie się z nim pobawiły po czym poszedł za nimi i dotarł na działki nieopodal. Rodzice dzieci przyjeli Leosia, jednak nie na zawsze... Od razu zaczęli szukać pomocy dla dwulatka. Zjawiła się pewna pani, zabrała Leosia z działek, była z Leosiem u doktora. Doktor zbadał Leosia, Leoś jest zdrowy!
Pani zaczipowała i wykastrowała psiaka. Ta pani chce mu pomóc, ale jej suczka nie toleruje swojego nowego kolegi. Pani ogłasza psiaka w internecie, jako psiaka, który kocha dzieci i potrzebuje domku chociaż tymczasowego, ma kilka dni zanim trafi do przechowalni. Niestety nikt się nie odzywa, Leoś nie jest już słodkim szczeniaczkiem, ma AŻ DWA LATKA.

KOCHA DZIECI! Jest to napisane we wszystkich ogłoszeniach z psiakiem. Więc dzwonie! Przez dwa tygodnie nikt się nie zgłosił po psiaka, ani „rodzina” której się zgubił, ani kolejna rodzina, która chce mu dać kawałek swojej podłogi i odrobinke serduszka.
Pani powiedziała, że zorganizuje zbiórkę na transport Leosia i będzie u mnie najpóźniej w poniedziałek. I trochę zwątpiłam w tym momencie w moją decyzję. To nie jest już szczeniaczek, napisali, że kocha dzieci a jeżeli moich nie pokocha? Ludzie już wpłacają pieniądze. Czy dobrze zrobiłam? Dzwonie do pani i pytam „może zadzwonił jakiś domek bliżej?”- „nikt nie dzwoni o Leosia”.

Pani, z którą przebywał Leoś dzwoniła do mnie codziennie i pytała czy się nie rozmyśliłam z domu tymczasowego, chyba wyczuła niepewność w głosie. Wysyłała mi zdjęcia i nagrania psiaka, powiedziała, że w pierwszym momencie, gdy tylko zobaczę, że pies nie akceptuje dzieci albo na odwrót przyjeżdża do mnie ktoś z mojej miejscowości i go zabiera. Bez żadnych problemów, żalu i wypominania... Po prostu się nie udało...
Mimo wątpliwości, strachu, niepewności, chciałam spróbować mu pomóc.

Dzień pierwszy.

W poniedziałek dotarła do mnie ogromna paczka z suchą karmą i 24 puszkami karmy mokrej, wieczorem przyjechał Leoś. Pan wyciągnął wypłoszonego psa z klatki transportowej. Wyglądał jak dziki. Pan dał mi torbę i psa na smyczy i pojechał.
W tym momencie byłam przerażona. Dwójka maluchów śpi w domu, a ja siedze na schodach przed domem z psem, który wciąż piszczy i patrzy na mnie jak na oprawce... Pan już odjechał. Nagle z domu wychodzi moja córka, zachwycona psem krzyczy „AŁ AŁ AŁ” – „pies, pies, pies” i OSACZA go totalnie. Leci następna i też krzyczy. Pies chciał uciec, cięgnął za smycz. To nie miało być tak! Pies miał kochać dzieci i być proludzki, a moje dzieci nigdy nie zachowują się tak na widok psów!
Spokojnie... Dałam psu wodę i karmę na ganku, po czym ubrałam małe. Leo nawet się nie napił... Poszliśmy do ogrodu na koc, piknik bez jedzenia o godzinie dwudziestej. Małe się uspokoiły, Leoś wyluzował. Głaskałyśmy go delikatnie, mówiłam do niego, on jakby nie słyszał. Spuściłam go ze smyczy, biegał wzdłuż płotu i piszczał jakby szukał dziury, żeby uciec. Było mi przykro i poczułam, że na prawde podjęłam głupią i nieodpowiedzialną decyzje.
Wróciliśmy do domu. Pies tylko siedział na podłodze od czasu do czasu popiskując, nawet nie zajżał do swoich misek. Małe trochę jeszcze go głaskały aż znudziły się nim i zasnęły. Poszłam wziąć prysznic, pies poszedł ze mną i zostawiłam go w korytarzu (musiałam go znieść z piętra bo panicznie bał się podejść do schodów). Wychodzę z łazienki, nie ma psa. Idę na górę, a w moim łóżku córa i pies przy jej nóżkach. Wcześniej bał się usiąść koło łóżka, siedział w progu, a gdy wołałam go do siebie opuszcał łepek i wychodził z pokoju.
Położyłam się z nimi w łóżku, jeszcze chwile poleżał po czym zeskoczył z łóżka i położył się obok. W tej samej pozycji spał do rana, wiem, że się nie ruszał, bo ja tej nocy nie spałam mając wyrzuty sumienia, jak zabawiłam się kosztem psa i dzieci.

Dzień drugi.

Nad ranem musiałam zasnąć, bo obudził mnie mokry nosek pieska na ręce. Poszliśmy na dwór, gdy wróciliśmy do domu napił się wody, po schodach na góre wszedł sam, poszedł do dzieci, obwąchał jedną i drugą i położył się obok ich łóżka. Gdy pierwsza wstała zanim jeszcze wypiła mleko wyciągnęła mnie z Leosiem na spacer, sama prowadziła go na smyczy, a on ani nie piszczał ani nie ciągnął. Wróciliśmy i zjadł miskę mokrej karmy. I popędził schodami na górę.
Malutkie próbowały go zainteresować zabawkami, które na niego czekały w domu. Tak samo jak posłanie. On tylko siedział lub leżał, od czasu do czasu podszedł na głaskanie i tyle.
W ogrodzie Leoś zamieniał się w demona zabawy, biegał za piłkami, które mu rzucałyśmy, ale nie brał do pyska tylko dobiegał i wracał. Biegał i skakał za mną, sam mnie zaczepiał o drapanie. Tego dnia bardzo długo byliśmy na dworze, gdy wróciliśmy do domu to już nie był ten sam pies...

Dziś.

Teraz, Leoś leży na swoim posłaniu, bawi się swoimi zabawkami. A żeby mnie zaczepić i żebym zaczęła się z nim bawić wskakuje na moje łóżko lub na łóżko dzieci z tak głośnym rozbiegiem, że zawsze to słysze i ściagam go z łóżka, on po cichutku odchodzi w smutku, po czym odwraca się i znowu głośny rozbieg i skok i jeszcze się stawia żebym go nie ściągnęła.
Jest przezabawny i przeuroczy. I na prawdę uśmiecha się z ząbkami.

Teraz już wiem...

Bardzo szybko przestraszyłam się konsekwencji mojej decyzji. Leoś był przestraszony po długiej drodze autem, małe widziały go pierwszy raz, poza tym czekały na niego, bo już kilka dni się na psiaka szykowałyśmy. Jak inaczej miały na niego zareagować i jak on miał czuć się w pierwszej chwili u obcych ludzi po tak długiej drodze? To wszystko jest tak logiczne, a mi tak bardzo na nim zależało, że wszystko mnie przerażało, zupełnie bez potrzeby i bez sensu.

Tak jak napisałam wcześniej psiak dotarł do mnie wraz z ogromnym zapasem karmy suchej, mokrej i z przeróżnymi smakołykami. W torbie, którą dał mi pan było jeszcze więcej smakołyków, jego miseczka, książeczka, pieniądze na szczepienie i krótki liścik od pani. Leoś miał na sobie obroże, szelki i smycz. Do tego dostałam koc do niego.
Od momentu jak napisałam pani, że psiak dotarł cały i zdrowy, ale przestraszony kilka razy dostawałam smsa jak psiak i czy czegoś nie potrzebujemy. Więc ja musze tylko z nim być, reszte już ma. Dostał od ludzi o wielkich sercach.

Ciesze się, że podjęłam decyzje przyjęcia Leosia, mimo, że nie spełnia żadnych kryteriów jakimi się kierowałam, ale KOCHA dzieci! To zadecydowało i bardzo dobrze. Nie licząc dnia pierwszego, w którym chyba z emocji wszystko wyolbrzymiałam, każdego dnia cieszę się z tej decyzji. Leoś jest zadowolony, to widać, ogonem wali tak jak by miał na nim odlecieć, sam szuka zabawy z nami. Małe też poza pierwsza chwilą szaleństwa jak go zobaczyły zachowują się normalnie jak zwykle. Łucja bardziej interesuje się psiakiem, daje mu rączki do wąchania, głaszcze go, „czyta” mu bajki nawet, zachowuje się przy nim spokojnie i o ile można tak powiedzieć o dwu i pół latce- dojrzale. Liliannka interesuje się nim tylko gdy ten zaczyna szaleć, biegać i skakać, rzuca mu piłkę i szarpak. Moje jedyne zadanie przy nich to nakarmić i zabrać do ogródu, reszta dzieje się sama.

Wszyscy jesteśmy szczęśliwi!

I czekamy na jedyną i prawdziwą rodzine na zawsze dla Leosia.

KOMENTARZE

  • jesusisking

    upvote for me please? https://steemit.com/news/@bible.com/2sysip

  • theadelina

    wspaniała historia! mam tak samo z każdym nowym zwierzakiem którego adoptuję, ale szybko widzę że moja decyzja była dla nich zbawienna :) rozumiem, że wy już jesteście "jedyną i prawdziwą" rodziną dla Leosia :)