BLOGCZEJNalpha

Z czasem role się odwrócą

Od narodzin obowiązek opieki nad dziećmi sprawują rodzice. W wielu jednak przypadkach opieka nad nowym członkiem rodziny jest dzielona pomiędzy rodziców a dziadków. Najczęstszą przyczyną takiego podziału jest sytuacja finansowa rodziców, ciężka wymagajagąca praca, „pogoń za pieniądzem” lub nawet emigracja zarobkowa.

Tak też było w moim przypadku. Moja mama po urodzeniu mnie bardzo szybko wróciła do pracy, dodatkowo oboje z tatą pracowali bardzo długo. Różne były układy opieki nade mną, nieraz przychodziła babcia, nieraz przyjeżdżała druga babcia a nieraz na cały tydzień roboczy zawożona byłam do dziadków.
Nie czułam się nigdy odrzucona przez rodziców i bardzo szybko zrozumiałam czemu tak jest. Mogę nawet powiedzieć, że miałam dzięki temu więcej miłości w dzieciństwie i więcej osób do kochania.

Teraz jestem już dorosła, sama mam już swoje dzieci. Mam o tyle szczęścia, że w przeciwieństwie do mojej mamy mogę zostać w domu z dziećmi dopóki nie pójdą do przedszkola. Mam też o tyle szczęścia, że w razie gdybym potrzebowała coś załatwić mogę zostawić moje dzieci pod opieką moich rodziców lub nawet moich dziadków, bo jedna z moich babć zdaje się w ogóle nie starzeć, dodatkowo ma niesamowite podejście do dzieci mniejszych i większych.

pal.jpg

Przyszedł taki czas w moim życiu, że role powoli zaczęły się odwracać. Bywają momenty, że poza swoimi dziećmi pod opieką mam również swoich dziadków. Na szczęście to jeszcze nie ten czas, że moimi podopiecznymi są oni na codzień. Wiem jednak, że prędzej czy później do tego dojdzie. Wiem, że będę się starała by zająć się nimi jak najlepiej. I wiem, że będę czuła się bardzo głupio gdy będą mi za to dziękować, bo to oni nauczyli mnie tego, że o najbliższych trzeba dbać i to ja do końca życia powinnam dziękować im za to co dla mnie robili.

Ślepota mojego dziadka

Zaczęło się niewinnie, a wszystkie sytuacje w których dziadek mylił przedmioty powodowały dużo śmiechu. Kiedyś prosiłam go na przykład by podał mi moją fioletową szklanke a on podał pomarańczową po czym powiedział „ja znam tylko 4 kolory: czerwony, zielony, niebieski i żółty”, czasem wychodząc z psem na spacer zakładał nie swoją kurtkę i dopiero gdy miał ją na sobie to czuł, że coś jest nie tak. Skarpetki? Nigdy nie nosił do pary... zawsze były kombinacje czarnego, granatu i brązu. Oczywiście dopytywaliśmy się dziadka skąd te sytuacje i czy dobrze widzi. Zawsze odpowiadał, że w tym wieku już się nie widzi tak jak za młodu i że zrozumiem to jak sama się zestarzeje. Często mówił też, że jest zmęczony, czy że źle coś usłyszał, a kolor skarpet nie ma dla niego znaczenia, bo i tak nikt na to nie patrzy.
Bez bicia przyznaje, że bagatelizowałam sprawe wzroku mojego dziadka, nie zwróciłam nawet uwagi, że nie rozwiązuje już krzyżówek od których wcześniej był uzależniony i jak to moja babcia zawsze mówi „pińcetke miał na dzień”.

Zaczęło w końcu robić się ciepło i był to nasz pierwszy grill tamtego roku. Oczywiście jak grill to tylko z dziadkami. Dziadek wciąż mylił moje córki, rozdeptywał im zabawki, nie umiał rozróżnić skrzydełek od kiełbasy, pomylił nawet popielniczke samochodową ze szklanką. Oczywiście na wszystko miał wytłumaczenie, ale tym razem nie dałam się nabrać. U siebie w domu poruszał się „na pamięć” i dość dobrze sobie radził nawet po ciemku, a u mnie w ogrodzie w środku słonecznego dnia nie umiał sam przy sobie zrobić nic.

Codziennie kilkugodzinne wizyty u lekarzy

Kilka dni później byłam już z dziadkiem u okulistki, oczywiście był na mnie obrażony, że go umówiłam bez jego zgody i pewnie gdyby nie to, że mu powiedziałam, że już zapłaciłam za wizyte to nawet by tam nie pojechał. W ogóle sie do mnie nie odzywał, siedzieliśmy w poczekalni a gdy nadeszła kolej dziadka spytałam mu się, czy mam wejść z nim- „julka no a jak?” odpowiedział zdziwiony tym, że przypuszczałam, że mógłby tam wejść sam. Wszystkie badania wyszły fatalne, miał i jaskre i zaćme i za wysokie ciśnienie w obu oczach, dostaliśmy skierowanie do szpitala na zabieg usunięcia zaćmy i krople na jaskre.

Następnego dnia po pierwszej wizycie u okulistki zabrałam dziadka do szpitala. Za radą okulistki pojechaliśmy tam jak najwcześniej. Najpierw babcia przyjechała autobusem by pilnować moje dzieci, potem ja pojechałam po dziadka i psa, psa zawieźliśmy do mojego domu i dopiero ruszyliśmy do szpitala.
Wyrobiliśmy się dość dobrze i o 8 rano przyszło nam stanąć w niesamowicie długiej kolejce innych starszych ślepnących panów i pań. Kolejka była ogromna, przytargałam z jakimś panem ławke z korytarza obok by mój dziadek i inni dla których nie starczyło już krzeseł mogli usiąść. Lekarz zaczynał przyjmować od godziny 10.

Niektórzy starsi ludzie byli sami, bez opieki bliskich. Osoby takie jak ja, które były jako „osoby towarzyszące” starały się pomagać obcym niedowidzącym w razie jakichś problemów. Ja np. wykonałam kilka kursów do toalety i maszyny z napojami, a pani, która była ze swoim teściem tłumaczyła nieco przestraszonym pacjentom jak wyglądają procedury i jakie dokumenty będą potrzebne przed zabiegiem. Kilkadziesiąt bardzo słabo widzących/ w ogóle niewidzących osób, w większości bardzo starych osób, poruszających się o laskach siedziało przez kilka godzin w świetlicy czekając na przyjęcie a w tym czasie ani jedna pielęgniarka nie przyszła by zajrzeć co się z nimi dzieje. Nikt nie wytłumaczył gdzie są toalety, nikt nie sprawdził czy ci starzy ludzie aby na pewno dobrze się czują...

Lekarz oczywiście się spóźnił. Wszyscy ludzie, który wchodzili wcześniej niż my dostawali daty operacji za rok lub kilka lat. Słysząc to zaczęłam szukać już w internecie prywatnych klinik. Ceny wysokie, ale wiedziałam, że wraz z rodziną dalibyśmy rade załatwić tyle pieniędzy ile potrzeba byleby tylko uratować dziadkowi wzrok.

O godzinie 13 przyszła kolej na mojego ledwie już przytomnego z głodu i znudzenia dziadka. Badanie trwało do 15 minut góra. Zabieg na jedno oko odbędzie się za miesiąc. Nie operują obojga oczu na raz by w razie powikłań choć jedno oko zostało nienaruszone.
-Przepraszam za rok, tak? Bo usłyszałam, że za miesiąc- spytałam z niedowierzaniem, przecież operacja jest na NFZ...
-Dobrze pani usłyszała, zabieg odbędzie się za miesiąc. Pani dziadek ma pierwszeństo, bo nie widzi ani na jedno ani na drugie oko. Większość pacjentów widzi choć trochę na jedno oko. Tydzień przed zabiegiem przyjedzie pani sama i przywiezie dokumenty dziadka.- dała mi ich listę.

Oczywiście spędzając te 6 godzin w szpitalu z dziadkiem dzwoniłam co jakiś czas do babci i pytałam o małe, babcia naturalnie wszystko miała pod kontrolą, babcia- można powiedzieć- to zawodowa opiekunka a przedewszystkim czuła i troskliwa prababcia moich córek.
Szczerze mówiąc miałam wyrzuty sumienia, że na tak długo zostawiłam dzieci, nie wiedziałam, że tyle będzie to trwało. Wtedy nie wiedziałam jeszcze ile godzin spędzonych w szpitalu z dziadkiem mnie czeka...

Kolejnego dnia po wizycie w szpitalu poszłam z dziadkiem do lekarza rodzinnego od którego musiał otrzymać „zgodę” na zabieg. Wydawało się, że będzie to rutynowa wizyta na której pani doktor wypisze papierek... niestety okazało się, że coś z sercem dziadka się pani doktor nie podoba. Z chorym sercem dziadek nie mógł by mieć wykonanego zabiegu.
Jeszcze w przychodni umówiłam dziadka prywatnie do kardiologa. Pare dni później mieliśmy wizyte u specjalisty. Pamiętam jaki dziadek był wściekły na mnie, że znowu za jego plecami gdzieś go umówiłam... „przecież mnie wcale serce nie boli”- mówił. Tłumaczyłam mu, że to nie musi boleć, że wszystko wyszło w trakcie badania i że wszyscy chcemy dla niego dobrze. Od kardiologa wyszliśmy niestety nie tylko z receptą na drogie leki ale i ze skierowaniem na oddział kardiologiczny. Dziadek mnie znienawidził...

Następnego dnia w szpitalu spędziliśmy prawie 8 godzin. Tym razem miałam przygotowane jedzenie dla nas, sobie wzięłam telefon z powerbankiem i książkę, dziadek miał przy sobie piżame i inne rzeczy osobiste, byłam pewna, że skoro lekarz kazał mu to wziąć to zostanie on tam na noc lub więcej. Kogokolwiek się nie pytałam ile dziadek spędzi w szpitalu nikt mi nie umiał odpowiedzieć. Minęły 4 godziny w poczekalni zanim dziadek został przyjęty, w tym czasie nie odezwał się do mnie ani razu. Wyszedł lekarz, zawołał dziadka, razem szliśmy pod rękę jednak lekarz stanowczo zabronił mi wchodzić z dziadkiem, na nic były moje tłumaczenia, że dziadek kompletnie nic nie widzi i może się potknąć lub przewrócić... widziałam jak dziadek się boi, bo pierwszy raz musiał do lekarza wejść sam. Ja stałam pod drzwiami i czekałam na niego, gdy wyszedł w ogóle mnie nie widział choć stałam metr od niego. Bezradnie kręcił głową to w prawo to w lewo jak by miał nadzieje, że nagle zacznie widzieć. Jeszcze kilka razy tak wchodził na chwile i wychodził. Nikt nie informował mnie co sie dzieje z dziadkiem, co mu robią a ja siedziałam i momentami miałam wrażenie, że ci wszyscy lekarze i pielęgniarki po prostu o mnie zapominają, że jestem i czekam na jakiekolwiek informacje.
W końcu wyszedł do mnie lekarz, powiedział, że dziadek wraca ze mną do domu, może mieć zabieg na zaćme, ale po zabiegu musimy znowu przyjść na kardiologie by zająć się sercem dziadka.

Z dokumentami dziadka sama już pojechałam do lekarza rodzinnego, dostaliśmy zgode i wszystko inne co potrzebne. Kilka dni przed zabiegiem musieliśmy tylko iść do rodzinnego by dziadek zamiast tabletek na serce dostał zastrzyk. Potem sama zawiozłam dokumenty do szpitala tydzień przed data zabiegu i zostało tylko odliczanie do tego wielkiego dnia.

Nasz wielki dzień

W wielkim dniu tradycyjnie juz zanim dziadek został przyjęty minęło pare godzin... Potem te wszystkie badania znowu kilka godzin... Dopiero jak zaprowadziłam dziadka w piżamce do łóżka na jego sali mogłam spokojnie jechać do domu, by na następny dzień (dzień zabiegu) znowu wrócić. No dobra... nie jechałam do domu spokojnie... czułam się jak "wyrodna matka" zostawiając mojego ślepego dziadka, który tak bardzo boi się lekarzy samego w szpitalu...

W dniu zabiegu moja mama wzięła wolne by zostać z małymi a ja wraz z babcią po zrobieniu obiadu pojechałyśmy zobaczyć co z dziadkiem. Nie dogadałam się z babcią co do jedzenia skutkiem czego obie zabrałyśmy dziadkowi po dwudaniowym zestawie obiadowym, tego dnia obiad dziadka składał się więc z czterech dań+ dania szpitalne.

Nigdy nie zapomne tego dnia! Gdy przyjechałyśmy dziadka nie było, pobiegłam do pielęgniarek się o niego spytać- był na zabiegu. Usiadłyśmy w jego sali, 5-10 minut później już był.

- Tam nad drzwiami wisi krzyż, widzę go, taki brązowy. Przy drzwiach jest kontakt, a tam nad stolikiem jest zamalowana puszka od kabli...

Dziadek kilka chwil po zabiegu widział już wszystko!! Płakałam, dziadek też, babcia udawała, że nie płacze, ale wciąż wycierała oczy...

Na sale weszła pielęgniarka by sprawdzić czy dziadka nic nie boli.
-O kurcze, jeszcze godzine temu nie wyglądała pani tak pięknie.- powiedział dziadek.
-Wiem, wiem... Wszyscy mi to mówicie.- sikałyśmy z babcią ze śmiechu.

Następnego dnia gdy przyjechałam po dziadka by go odebrać ze szpitala tuż po wjeździe na parking zamurowało mnie. Dziadek stał na parkingu. To oznacza, że SAM wypełnił wszystkie dokumenty SAM się spakował i SAM trafił do wyjścia...a droga z oddziału okulistycznego była długa i kręta.
Całą drogę do domu dziadek czytał rejestracje innych samochodów na drodze, czytał też napisy na reklamach. Zupełnie jak małe dziecko, które niedawno nauczyło się czytać... Dziadek sam stwierdził, że czuje się jak by drugi raz się urodził.

Już po wszystkim

Najbardziej wzruszyłam się kilka dni po zabiegu kiedy to byłam z dziadkiem na wizycie kontrolnej u naszej okulistki:
-Dziadek wejść z tobą?
-Julka nie żartuj... a co ja? Dziecko?

A jeszcze miesiąc wcześniej trzymał się mojej spódniczki jak przestraszony maluch i mimo tego, że tak bardzo był obrażony to niewyobrażał sobie życia beze mnie!

Swoją drogą kiedyś to ja byłam na niego obrażona i nieodzywałam się gdy on podawał mi syrop, a przecież kochałam go tak mocno jak i on kochał mnie...

Po udanej operacji zaćmy jednego oka zostało nam leczyć serducho dziadka, starać się o operacje zaćmy drugiego oka i hamować rozwój jaskry... Dalsze leczenie i wizyty u lekarzy wyglądają tak samo jak to co opisałam powyżej tylko jest tego wiele więcej.

dziad.jpg

Ta sytuacja dała mi przedsmak tego co być może będzie gdy dziadek jeszcze bardziej się zestarzeje. Dla mnie rodzina jest najważniejsza i zawsze priorytetem będzie zdrowie moich bliskich. Nie traktuje tych wydarzen jako jakiekolwiek poświęcenie, nie nazwała bym tego nawet obowiązkiem. Zadbanie o zdrowie dziadka było tak jak by MOJĄ potrzebą. Nie czułam, że muszę, nie czułam, że powinnam, czułam, że po protu chce.

Mimo tego, że był to ciężki okres w życiu moim jak i całej mojej rodziny to byłam niemalże pewna, że jest to okres przejściowy... Bo nawet jakby coś poszło nie tak, to na choć jedno oko dziadek by widział, przed operacją niemalże nie widział wcale, więc mogło być tylko lepiej. Może właśnie ta pewność poprawy stanu zdrowia dziadka dawała mi siłe i motywacje by dzień w dzień jezdzić z nim do różnych lekarzy.

W szpitalu rozmawiałam z wieloma ludźmi o stanie zdrowia ich bliskich i o tym jak tak na prawdę wygląda życie dzieci lub wnuków, którzy stale zajmują się swoimi starymi, chorymi rodzicami i dziadkami... dzień i noc. Żadna z osób, które spotkałam i z którymi rozmawiałam nie czuła, że się poświęca a poznałam ludzi, którzy poza leżącym ojcem nie mają życia, nie mogą się uczyć, pracować, nie mogą wyjść z domu się rozerwać. Muszą karmić, masować, uspokajać i po prostu kochać.
Kochać i troszczyć się, czyli oddawać to co od dziecka otrzymywali sami od tych osób...
Bardzo imponowali mi ci ludzie i mam nadzieje, że jak będzie trzeba to i mi nie braknie sił do otaczania opieką moich dziadków...

Artykuł napisany w ramach Tematów Tygodnia #55, luźne nawiązanie do tematu nr 3 "dbanie".

KOMENTARZE

  • mespanta

    Hmm.. a ja się właśnie tego boję... patrzeć na bliskie mi osoby jak się starzeją i stają się bezradne... trochę mnie to przeraża, że ktoś kto był kiedyś tak bardzo niezależny teraz nie jest w stanie wykonać najprostszych czynności...

  • kuchniawedwoje

    Wzruszająca historia.

  • zdrowienatak

    Takie sprawy, rzeczywiście wymagają od nas odpowiedzialności. To właśnie to, nie poddać się i wykonać zadanie tak, by nie ulec strachowi. Nie pozwólmy - mu istnieć, nie nadawajmy mu znaczenia myśląc o nim. Sytuację masz trudną, ale wierzę, że przejdziesz tę drogę. Pozdro!

  • joeyarnoldvn

    Great.