BLOGCZEJNalpha

#30 TemaTygodnia: Jeden miesiąc - tyle wystarczy by świat dowiedział się że nie jesteś super bohaterem

image.png

3 pokolenia - 3 historie

Nazywam się Nina, mam 28 lat, niecały rok temu mój świat wywrócił się do góry nogami i nie życzę nikomu tego, co mnie spotkało. Większość z was zna mnie jako radosną, szaloną wiedźmę – pod tym uśmiechem jest historia dziewczyny, która postawiła wszystko na jedną kartę, bo w sumie nie miała wyjścia.

23 marca 2017 roku – Dzień, który zmienił wszystko

Była 5 rano, kiedy wraz z rodzicielką pojechałam na scyntygrafię mięśnia sercowego – podejrzenie dusznicy bolesnej. Z dnia na dzień mama słabła, ale nadal robiła dobrą minę do złej gry – przecież nie będzie martwić mnie, że jest źle. Dojechałyśmy do miejsca badania, była 4 w kolejce... do domu już nie wróciłyśmy razem. Cała w nerwach chodziłam po korytarzu, moja mama genialnie powiedziała do lekarza:
-Panie doktorze, przyjdę na oddział w czwartek, nic mi nie jest...
Całe szczęście, że lekarz myślał trzeźwo za mamę, zabrał nas do samochodu i zawiózł 150 m dalej do innego budynku na "konsultacje z kardiologiem". Do dziś pamiętam ten strach w oczach lekarza, kiedy moja mama chciała koniecznie wyjść z budynku... Dobrze, cofnijmy się do tego momentu, kiedy mama weszła na badanie. Krysia (tak ma na imię mama) nie była w stanie iść po bieżni, jej przepustowość żylna była bardzo niska, co świadczyło o zaawansowanej chorobie wieńcowej, a jej serce pracowało w 28% (przy 23% kwalifikuje się pacjenta do przeszczepu...) Balansowała na bardzo cienkiej linie i to nie był koniec. Kiedy byłyśmy na "konsultacji", na naszej drodze stanęła uparta Pani rezydent i powiedziała, że na własne życzenie się Kryśka zabija... bo nie dojdzie do autobusu... – to otworzyło klapki w głowie mojej matuli i zgodziła się zostać w szpitalu... Mnie już uginały się kolana, bo przecież tak miało nie być i nie może być słabo, prawda?

Oddział. Mama została przyjęta w trybie pilnym, pełen wywiad, pełne badania i... mnie wygoniono do domu, bo mama jest w dobrych rękach. Dobrze, dobrze, jadę. Wieczorem koronografia... Ledwo ją uratowali, ścigali się z rozległym zawałem. Atropina poszła w ruch, udało się – ja o wszystkim dowiedziałam się znacznie później. Kiedy ja radośnie w szoku i jakimś dziwnym otępieniu nie wiedziałam, jak wrócić do domu, przyjechał po mnie kumpel, bo ja osobiście nic nie ogarniałam... a w domu czekał młodszy brat i pies. A ja, artysta, nie bardzo wiem, co mam robić – dla mnie to chora akcja, a z tyłu głowy wciąż pytanie, czy na pewno będzie dobrze? Czy przeżyje?

Telefon do pracy, że niestety, ale jest taka i taka sytuacja, na moje barki spadło ogarnianie wszystkiego. Rozumieją, dają wsparcie. Codziennie rano ktoś dzwonił i pytał, jak się sprawy mają, bo w firmie jest urwanie dupy i bym się przydała... Na ile mogłam, pracowałam... ale o tym później. Rano o 7 dostaję telefon ze szpitala: „Proszę przyjechać.”
-Jezus Chrystus i wszyscy święci, co, jak, gdzie, kur...? Dobrze, będę najszybciej jak się da... Jadę. Telepię się jednym tramwajem, później drugim i autobusem... (jako, że nie należymy do tych superbogatych, to auta też nie mamy, ba, ja nawet nie mam prawa jazdy, co nie przeszkadza mi w byciu zajebistą). Przyjeżdżam. Okazuje się, że mamę wypisują, jej stan jest dobry, nie ma miejsc w szpitalu, wio do domu. Jutro na konsultacje, bo niestety potrzebne są bajpasy, może rozrusznik... Stałam, jak ta dziewczynka, co zgubiła misia... ogarniałam moją mamę, która stwierdziła, że przejedziemy się pociągiem, bo tak i zastanawiałam się, w co mam, kufa, wsadzić ręce. Po koronografi przepustowość się zwiększyła, ale... nie wszystko udało się odblokować, a wydolność serca jak była 28%, tak była. Jak wróciłyśmy do domu, mama poszła spać, a ja po leki. Na start bez mała 500 zł na to wszystko, by utrzymać ją w dobrej kondycji. Pomiar ciśnienia i temperatury 3x dziennie. Od tego dnia zaczęłam spać na podłodze w pokoju Mamy, co 3h budziłam się i sprawdzałam czy oddycha. Rozpoczynał się kryzys, ale spokojnie, jutro miało nadejść to gorsze...

Jutro - sen który okazał się koszmarem

Oczywiście, następnego dnia o 10 stawiłyśmy się na oddziale na sympozjum lekarskim, kwalifikującym do operacji. Trwałam w amoku. Czekaliśmy na lekarzy do 12, nad przypadkiem mojej mamy pochylali się najlepsi lekarze. Weszłyśmy do Sali. Akurat oglądali nieudaną koronografię i zatrzymany zawał Krysiaczka... Pamiętam, jak dziś, jak lekarz mówił:
-Jesteś za młoda, by umierać, dam Ci drugie życie, tylko musisz się zgodzić na bajpasy.
Później omówiono procedury i powiedzieli, że będą dzwonić z terminem w przeciągu tygodnia. Mama się popłakała, wyszła, mnie kazali zostać...

-Czy masz świadomość, jak bardzo źle jest z Twoją mamą? Czy wiesz, że przeszła dwa utajone zawały?
-Nie...
-Do czasu, aż przyjmiemy ją na oddział kardiochirurgii, musisz strzec jej jak oka w głowie. Nie wolno jej dźwigać, męczyć się ani denerwować, musi jeść dużo zdrowych rzeczy i w dniu przyjęcia musi być zdrowa. Nie martw się, jest stabilna, ale jeżeli będzie się coś działo, dzwonisz do nas, na oddział. Zawsze ktoś Ci powie, co robić. W razie potrzeby wezwania pogotowia, mówicie, że jesteście pacjentkami tego szpitala i tu muszą was przywieźć. Nie martw się, będzie dobrze i nie płacz. No już, pierś do przodu i dasz radę. Ostatnia rzecz przed wizytą u nas – dentysta i wyposażenie mamy w krew, 10 litrów, tak na wszelki wypadek.

Karp w oczach plus gula w gardle mówiła za siebie. Sama musiałam być silna, by ona się sama nie załamała. Dlatego po konsultacjach zabrałam ją do kociej kawiarni na ciasto czekoladowe i kawę. W głowie miałam powoli plan zadań, jak, i co, i gdzie. Na początek... krew.

Krew

Jako że nie miałam możliwości sama oddać, błagałam najbliższych znajomych i przyjaciół. To dzięki nim też nie oszalałam później. 10 litrów to dużo, ale do czasu, aż Kryśka nie wylądowała w szpitalu, miała 17 litrów krwi w banku.

Oczywiście, nie obyłoby się bez przekory Kryśki, że ona nie będzie się badać, bo jest zdrowa... Pierwszy telefon. Co się okazało? Smarka. OK, przekładamy na za dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach dzwoni telefon i pani z sekretariatu pyta, czy zęby są zdrowe... Co? Boli, ale nie, chyba nie jest źle. Proszę iść sprawdzić - ósemka do wyrwania. Termin znowu się przesunął o tydzień... w tym czasie cały dom, wszystko, spadło na mnie. Pracowałam po nocach, w końcu byłam menadżerem kultury i ogarniałam eventy w agencji artystycznej... a raczej ich nie ogarniałam... Zawalałam pracę, byłam nieefektywna, ale starałam się. Na tydzień, w którym matula miała operację, dostałam wolne... To był najgorszy czas w moim życiu.

Jeden miesiąc, który sprawił, że przestałam być superbohaterem...

W szpitalu stawiłyśmy się 12 maja 2017. Operacja została zaplanowana na dzień następny, z tym, że powiedziano, że mam nie przyjeżdżać, bo przed operacją pacjent jest wyciszany i ogłupiany głupim Jasiem, a po operacji i tak mnie nie wpuszczą na salę wybudzeniową. Więc snułam się po domu, rozmawiałam ze znajomymi godzinami przez telefon. O 12 ostatni telefon miałam od mamy, że dostała zastrzyk i widzi kwiatki przed oczami... Poprosiłam ją, by wróciła. "E tam, nie gadaj, będzie dobrze" – a ja dalej swoje "obiecaj mi, że wrócisz". „Dobra, jak ma Ci to poprawić nastrój, obiecuję. Idę, bo nogi mi się uginają.” Modliłam się do boga pierwszy raz od dawna... Ku^^wa. Cały ten dzień był chu^^owy, w środku był ten lęk, bałam się, jak dziecko we mgle. Do 17 chodziłam po ścianach, telefon, dzwonię:
-Dzień dobry, nazywam się Nina, czy Kryśka to już pojechała na salę wybudzeniową?
-Dzień dobry, nie mogę tego powiedzieć, bo są komplikacje i operacja się przedłuża, proszę dzwonić o 19
- i nagle w mojej głowie pojawiła się pustka. Czekałam 2h, wydawało mi się, że trwa to całą wieczność... Próbowałam drzemać, czytać, modlić się, bawić się z psem, gotować, zaklinać świat. O 18:45 zadzwoniłam:
-Dzień dobry, czy już coś wiadomo ?
-Operacja się zakończyła.
-Żyje? Czy to znaczy, że się udało?
-Po trzech dniach będzie można mówić, że się udało. Jest na sali wybudzeniowej... najgorsze 48h przed nami. Proszę jutro po 15 przyjechać, powinna być świadoma.

Zasnęłam pierwszy raz od dawna snem spokojnym. Naiwnie liczyłam, że będzie koniec, zreperują serce i będzie finisz – ja dalej będę pracować w Warszawie w agencji, wyprowadzę się do Krakowa, otworzę fundację, spełnię marzenia. Przecież jest już dobrze, prawda?

Rano pojechałam do babci, powiedziałam, że jest spoko i o 13 wyruszyłam do szpitala. Nogi jak z waty miałam... tak bardzo pragnęłam zobaczyć ją uśmiechniętą albo z sarkazmem, ale moją, cała i zdrową... Znowu głupie marzenia. Kiedy wpuścili mnie na OIOM kardiochirurgiczny usłyszałam:

-Miała wiele szcześcia, wie Pani, serce nie chciało zacząć pracować przy elektrodach... Jest półprzytomna, jest na morfinie, ma nadal dren, jest stabilna – ale proszę, ma pani 20 minut.
-Jak to? co? nic nie rozumiem.
-Zdarzył się cud... Nic pani nie jest? Jest pani blada... no już, proszę wejść, niech pani odsapnie. Tu jest fartuch, spokojnie, oddychać proszę, wszystko się okaże po 48h, czy nie ma krwawienia do serca albo wylewu. Proszę być dobrej myśli.

Weszłam, przybrałam maskę idioty, wlazłam na tę salę. Moja mama na samym końcu leżała, 7 kroplówek podpiętych pod ciało, na wstępie przywitała mnie słowami:

*-No tak, chora byś była, jak byś nie przyjechała. Dom ogarnięty czy syf? *– generalnie słaba była ta rozmowa, bo bredziła, nie będę przytaczać, to jest tylko nasze... Przyjeżdżałam codziennie do szpitala, po 53h przywieźli ją na oddział zwykły. Niestety, rozpoczęła się gehenna. Morfina, ból i depresja pooperacyjna powodowały zmianę charakteru i stany nerwicowe praktycznie cały czas jej towarzyszyły, a w mojej głowie był obraz sali pooperacyjnej, gdzie wyglądała jak Robocop w milionie kabli... znosiłam dzielnie. 10 dni na oddziale i początkowa rehabilitacja pozwoliły jej stabilnie chodzić, a ja trwałam przy niej, znosiłam kaprysy – ilość przepłakanych jazd tramwajem tylko ciche szyby znają.

Babcia Weatherwax mówiła kiedyś, że jak zaczynają się szepty, mamroty i chichoty, trzeba wziąć w karby swój umysł, bo zaczyna się wariować. Ja sama balansowałam na krawędzi obłędu. Przed Bożym Ciałem wypisali mamę do domu. Jedyne co, to miała się pokazać 3 dni później po wypis i na zdjęcie szwów z nogi. Jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka. Przedsmakiem była awantura o parówki z Biedronki i szklankę na kancie stołu. Zagryzałam zęby, wiedziałam, że morfina schodzi z niej, że po operacji 3 miesiące nie może być na żadnych lekach psychotropowych. Pomimo moich chęci i dobrej woli pierwsze dwa tygodnie po szpitalu nadal panoszyła się depresja pooperacyjna, osłabienie i nieznośna Krycha. Niszczyła mnie na każdym kroku, oprócz tego doszły kłopoty w pracy... Mianowicie zrezygnowano z moich usług – jedyne, co mi poradzono radośnie, to zwolnienie psychiatryczne, bym miała czas na szukanie nowej pracy... Na moje miejsce pojawiła się bratanica szefa – nie oceniam, nie chcę... W tamtym czasie liczyła się Krysia: zagubiona, słaba i to że śpię na podłodze... Spięcie mięśni dawało mi bardzo duży dyskomfort... Nie mogłam trzymać się w ryzach.

Załamanie nerwowe i spektrum kompulsywnej bulimii

Rutyna dnia wyglądała tak: rano wstajemy, poranna rehabilitacja, masaż i smarowanie blizny, tak, by ją rozciągnąć. Oczywiście, co się nasłuchałam, to moje. Później leki i śniadanie. Brat, jako że miał już wystawione oceny, zostawał w domu, by np. popilnować Mamy, kiedy ja biegałam z zakupami czy do babci. A kiedy się nie udawało, wychodziłyśmy razem lub zostawiałam mamę pod opieką babci u babci albo siedziałyśmy w domu. Szło dostać pierdolca... Bo byłam potrzebna we wszystkim, zaczynając od tego, by podać, przynieść, wynieść, pozamiatać, kończąc na prysznicowaniu. Każdy po bajpasach musi jechać na wczesną rehabilitację kardiologiczną, no i Kryśka też miała jechać, do Białej Podlaskiej. Kotek też miauuu... Wystąpiły komplikacje, a dokładnie zapalenie wtórne żył w nodze, skąd pobierane były bajpasy... W tym momencie był czas na pójście do psychiatry, powiedzenie, że potrzebuje się leków nasennych i zwolnienia L4, bo jest taka sytuacja. Niestety, ale moja mama się niekoniecznie ogarniała, a że morfina z organizmu wychodzi 3 miesiące, to byłam bliska nie tylko płaczu... Ja wyłam po kątach, jak byłam sama, jak byłam z psem na spacerze... aż pewnego dnia zaczęłam jeść i puszczać pawika radośnie, i dawało to ulgę, ulgę w emocjach... Wiem jak to choro brzmi... ale wtedy było spoko... Złapałam się na tym, że jest nie halom jak odwiozłam Mamę na trzytygodniowy turnus rehabilitacyjny... nie będę się linczować, nie chcę, ale to było takie kombo: i haft, i płacz, że następnego dnia zaparłam się sama w sobie i zaczęłam od podstaw analizować: jak często to się dzieje, czemu to się dzieje? Uspokojenie myśli i ogarnięcie tematu zaburzeń odżywiania na tle nerwowym zajęło mi sporo czasu... Dobrze się maskowałam z tym nawet po powrocie matuli.... Może kiedyś napiszę o tym, jak o mało nie stałam się bulimiczką.

Rehabilitacja i życie dalsze

Codziennie walczę z tym, by wstała z łóżka, by walczyła z depresją i chciała żyć. Po jakimś czasie nawet mnie przeprosiła, że zdaje sobie sprawę, że hmm, miało być inaczej, a wyszło chusteczkowo. Nie obwiniam, z pokorą przyjmuję to, co się działo i dzieje czasami w tych czterech ścianach. Nikt nam tego nie zabierze, bo wiele rzeczy jest tylko nasze.

KOMENTARZE

  • rozku

    ..dziewczyno,
    to jest tak prawdziwe i tak ujmujące,
    ze siedzę teraz zamyślona i zawstydzona..

    najcięższe są egzaminy z takiej trudnej codzienności..
    podziwiam i dziękuję, ze sie podzieliłaś taką osobistą historią..

    Kryśka ma fantastyczną córkę.

  • shogunma

    Ciężko jest pisać publicznie na takie tematy. Gratulacje za odwagę.
    Piszę często na temat swoich przeżyć.
    Napisałem wiersz o swoim bracie, który żył baaaardzo krótko.
    Pisząc płakałem, ale napisałem i byłem później z tego zadowolony, że starczyło mi odwagi.
    Pozdrawiam z Kalisza.