BLOGCZEJNalpha

Dwa oblicza praktyk czyli historie niezapomniane z domu seniora


Starość to etap życia, który czeka każdego z nas. Z czym Ci się kojarzy? Z radiem M., samotnością, czy może pomarszczoną skórą?

Starość ma wiele obliczy. Często powoduje zmiany neurologiczne, wywołuje demencję i z każdym dniem ten ktoś, kto był kimś Tobie bliskim, zanika. Dziś będzie trochę łez – przynajmniej ja czuję się nieswojo pisząc o praktykach, które dla mnie były wyzwaniem emocjonalnym... Ja, Kolorowa Wiedźma, bałam się jak dziecko, nie umiałam się otworzyć pomimo tego, że tak bardzo kocham ludzi... Starość mnie przestraszyła.

Odkąd uczę się na terapeutę zajęciowego, poznaję każdy aspekt pracy TZ-a. Jak usłyszałam o pracy w domu seniora, powiedziałam "NIE". W mojej głowie rodziły się myśli i wyobrażenia powodujące blokadę. Cały pierwszy semestr i kawałek drugiego biłam się z myślami, czy dam radę. Postanowiłam podzielić praktyki na tygodnie i jeden spędzić z seniorami. Miejsce, w którym wylądowałam, było ładnym prywatnym domem seniora w oddalonej od hałasu dzielnicy. Moim opiekunem praktyk była Karolina – koleżanka ze szkolnej ławki. To właśnie ona tłumaczyła mi zależności – gdzie kto trafił oraz zakres niepełnoprawności wynikającej z wieku. Myślę, że gdyby nie wsparcie, pewnie uciekłabym z krzykiem – nie myślcie sobie, że tam było źle tym dziadkom czy babciom. Nie... to coś, czego nie umiem opisać. To spotkanie ze śmiercią i przemijaniem. Wróćmy na moment do budynku. Piękny dom z tarasami, altaną i stawem. Każdy oddział wyczyszczony, zadbany, nie czuć było zapachu, no wiecie jakiego... pachniało kwiatami, siostry do rany przyłóż, każda z nich z czułością do każdego pacjenta podchodziła. Starali się indywidualnie traktować każdego z dziadków, czy to osobę leżącą czy nie.

-Bądź dobrą dziewczynką, pamiętasz, kiedyś byłaś malarką... no proszę, zjedz trochę, będziesz mieć siłę.



Dziadków można było podzielić na cztery grupy. Każda z nich indywidualna, specyficzna. Zacznijmy charakterystykę oddziałami, będzie łatwiej. A2 – oddział, gdzie większość pensjonariuszy to takie hot 90-latki. Większość z nich poruszająca się, gorzej z kontaktem logiczno-słownym. W ramach terapii zabierałyśmy je na spacery, kąpiele słoneczne no i oczywiście kręciłyśmy z nimi kwiatki, którymi ozdabiałyśmy drzewo w świetlico-jadalni. Na tym oddziale tylko jedna Babcia mnie pamiętała i cieszyła się, że jestem – trochę jak wnuczka, trochę jak ktoś, z kim mogła rozmawiać.


-Tylko pamiętaj, nie zgub mnie na spacerze, będziesz na mnie uważać?
-Będę, obiecuję.
-To dobrze! Cieszę się, że pójdę na spacer i że się mną zaopiekujesz, jest mi tu dobrze, ale wiesz, spacer to jest coś! – taka mała rzecz, a cieszy! Jak tylko miałam okazję, przychodziłam do niej, odwiedzałam ją, poświęcałam uwagę i czas – to była taka moja ulubiona babcia.

Co mnie przerastało – to śmierć, obecna tam, często zabierała dziadków po cichu, czasami głośno. Personel robi wszystko, by nie bolało, by było godnie.

Oddział A1 – tam też miałam swoje dwie ulubienice. Jedna nazywała się Kwiatek, a druga Halina. I oczywiście cudowna siostra przełożona z sarkazmem, ironią i cietą ripostą. Drugiego dnia praktyk wybuchła epidemia biegunki, więc kwarantanna – na co oddziałowa wpada do sekretariatu i mówi:

-Mamy przej%$* po całej linii!
-Co się dzieje?!
-Jelitówka, zamykam na 48h oddział, ale gów*%$ sprawa! A jeszcze jeden z pacjentów chciał nam pomóc, chciał zdążyć do kibelka i wywrócił się na własnym hafciku... nie dość, że się posrał, to puścił pawia i chyba złamał biodro... ja pier%$* , armagedon i apokalipsa.

Wracając do moich ulubienic i tego, jak wygladała praca z nimi – oddział A1 to oddział, gdzie jest dużo osób z otępieniem i demencją starczą. Poziom rozumowania taki na poziomie przedszkola. Kwiatek to babuleńka o piskliwym głosiku, jak mysz, ciesząca się, że idzie na spacer i że będzie malować kolorowankę – kiedyś wielka malarka, dziś 96-letnia urocza staruszka, grająca ze mną w zgadywanki.


Halina – babcia z chorobą układu kostnego i czymś dodatkowym, ujęła mnie tym, że na spacerze, pchając wózek Kwiatka, pytała co chwilę:
-Kwiatuszku, nie jest Ci za zimno?
-Kwiatuszku, jest dobrze?
-Oj, jak ja się cieszę, naprawdę, z tego spaceru, jak ja się cieszę!

i tak gaworzyły sobie przez cały spacer.

Spacer – to jest szumnie nazwane, bo to zjechanie na dół na trzy rundki wokoło stawu, wygrzewanie się na słoneczku i rozmowy lub zasypiajki. Ważne, że wychodziły z murów.

Oddział A0 – oddział, gdzie trafiało dużo osób po udarach. Zdziecinniałych, czasami nierozumiejących świata. Poziom motoryki jak u dzieci w przedszkolu. Na tym oddziale miałam swojego ulubieńca, tym razem padło na dziadka. Dziadek Lucek, kapitan dywizji konnej – kiedy miał dobry czas, gadał z sensem o wszystkim, jednak ja trafiłam na czas z małym fiksum dyrdum. Mianowicie Lucek widział wszędzie kaczki. Myślę, że on naprawdę je widział – no i opowiadał o nich.

*-Dziecino, a ty widzisz tam, o tam na gałęzi, siedzi kaczka. Przeca powinna być na ziemi, czemu na sośnie siedzi *– a ty w swojej naiwności szukasz kaczki... Zanim się skapnęłam, że Lucek mnie wkręca, a raczej jego umysł tak pokazuje mu świat, szukałam razem z nim kaczek.

Po jakimś czasie Lucek się znowu odpalił i mówi z pełnym przekonaniem:
-Dziecinko, zobacz, zobacz, tam, na szczycie dachu, widzisz? O, leci, leci kaczka i na pionowo znosi jajko, ooo! a ta pod kątem! – w tym momencie wiedziałam już, że jego myślotwory wzięły nad nim górę, że nie pomogą racjonalne tłumaczenia, bo pan Kapitan płynie w swoich wyobrażeniach. Wraz z Karoliną przytakiwałyśmy mu, i liczyłyśmy kaczki i jajka…
Podczas drugiej wizyty prowadziłyśmy terapie motoryki małej i dużej, w celu poprawienia kondycji motorycznej i lokomocyjnej oddziału A0… niestety nie wyszło nam to tak, jak było w planach, więc usiadłam z Luckiem i oglądaliśmy karty do terapii sensorycznej, i pobudzaliśmy jego umysł do działania – liczyliśmy kropki, prowadziliśmy mysz do kota i piłkę do bramki. Po godzinie terapii 1 na 1 Lucek mówi: „fajne, tylko wiesz, to trochę takie dla dzieci, myślę, że im by się znudziło – ale dla mnie fajne!!”

Budynek A już wam opisałam. Czas na B, ten cięższy – geriatria psychiatryczna…
Co prawda, na poziomie 0 byłam wycałowana, wyściskana i powiedziano mi, że jestem najpiękniejszą panią przedszkolanką na świecie, ale i tak ten oddział był swoistego rodzaju największą barierą dla mnie. Pierwszego dnia, jak weszłam na oddział, zobaczyłam osoby otępiałe, zdziecinniałe, z chorobami tak różnymi i o różnym przebiegu, że kiedy jedna z pensjonariuszek zapomniała powiedzieć, że kupę zrobiła i się tego wypierała, prychnęłam śmiechem – jedni płaczą, inni się śmieją, ja poznałam nowy odruch na stres – śmiech. Ale nie histeryczny, a taki półgębkiem, nerwowy, trochę jak prychanie kota. Mega nieprofesjonalne – przeprosiłam oddziałową, wyjaśniłam, że to w sytuacji stresowej tak się dzieje i nie mam na to wpływu, bo to coś nowego, czego nie znałam. Popatrzyła na mnie z litością i powiedziała, że rozumie, ale powinnam się dostosować.

Na oddziale B0 miałam kilka ulubionych aparatek, zaczynając od Steni, co myślała, że jestem jej panią przedszkolanką, po Halinkę, która witała się za każdym razem, kiedy wchodziła na oddział, Jurka, Tadzia i damskiego Copperfielda, gdzie z ostatnią aparatką niestety kontaktu nie było prawie w ogóle – za to wyginała się tak, by uwolnić się z pasów. Ekspertka limbo, poziom – choroby Picka...

Oddział ten, bardzo specyficzny, był, bo ludzie tam byli albo terminalni, leżący, albo, niestety, z całą pełną gamą chorób psychiatryczno-neurologicznych powodujących otępienie, demencję. Z tym oddziałem wychodziliśmy tylko na spacery, na których nasze aparatki albo wyciągały szczęki, albo chciały zwiedzić staw. Poziom odpowiedzialności + 1000000000000000000000000000000000% . Właśnie w takich chwilach dziękowałam, że moja babcia jest jedynie kościółkowa, czasami za bardzo, ale do przeżycia.

Został jeszcze ostatni poziom - B1, gdzie niestety przebywali pensjonariusze z bardzo szybko postępującą demencją i innymi chorobami psychiatryczno-neurologicznymi… Tam nie udało mi się nawiązać z nikim kontaktu, po prostu nie było możliwości.

Na ostatek słów kilka na temat kadry. Pomimo tego, że obsługiwali 120 pacjentów, dla każdego mieli miłe słowo, nawet dla mnie, praktykantki na 40 godzin. Jedna z oddziałowych powiedziała mi, że ta praca jest ważna, jak każda inna, ale tu trzeba kochać ludzi, by móc się odnaleźć w tym kawałku chleba. Ode mnie jedno słowo – ja nie mogłabym tam pracować, za bardzo się przywiązuję do ludzi, dziś pisząc ten wpis ryczałam jak dziecko… Jednak moje łzy nic nie znaczą, bo dziadkowie mnie nie pamiętają. Byłam mgnieniem ekranu dla nich i to jest najbardziej w tym wszystkim smutne.

Zapraszam jak zwykle do rozmowy w komentarzach

KOMENTARZE

  • cryptoindex

    Nothing is impossible, the word itself says "I'm possible!"

  • rozku

    jestem bardzo poruszona,
    temat jest taki ciężki, a Ty umiałaś napisać to w taki wyważony, ciepły sposób.
    pozostaje pod wrażeniem, może jeszcze później podzielę sie inną refleksją..

    dużo tu takiej dyskretnej, ludzkiej dobroduszności,
    (choć to takie niemodne dziś słowo..)

  • zgredek

    Poprawiamy BHP, zwiększamy bezpieczeństwo na drogach, szczepimy się (no, nie wszyscy) i na wiele innych sposobów trzymamy się kurczowo życia, aby dotrzeć do końca, który tak delikatnie opisałaś. Czy warto?