BLOGCZEJNalpha

Straszono mnie że to umieralnia a jednak uratowano mi życie cała prawda o szpitalu w Łasku

Siemanderko!!!



Dawno nic nie pisałam, dziś wracam - z grubym tematem medyczno-społecznym. Chcę odczarować zabobony na temat małych gminnych szpitali, personelu, łapówek, opieki i tego, co się czyta o małych umieralniach w Polsce. Będzie dość emocjonalnie, ale godnie, nie obrażając nikogo, bo nie mam podstaw. Będzie naga prawda, dość obfita w moje "ała, ała! i łojzicku-zicku". Gotowi? Nie? No cóż, trudno, ja na pobyt w szpitalu też nie byłam gotowa...

Wszystko zaczęło się od tego, iż w piątek wyczułam zgrubienie na prawym czyczku – tak, my, kobiety, mamy na punkcie swoich czyczków i dolnych części naszego ciała lekkiego pierdolca. Ja nie miałam czasu na rozczulanie się, ważniejszy był egzamin... przyćpałam się lekami przeciwbólowymi... i raz kozie wio! Uczyłam się, w sobotę skonsultowałam z dziewczynami na pracowni zjawisko, zawyrokowały: idź do lekarza, usg Ci zrobią, to, o czym myślisz, nie boli. Fakt faktem, nowotwory nie bolą, chyba, że w ostrej fazie końcowej. Tym jakże miłym akcentem uspokojona wróciłam do domu i dalej uczyłam się na egzamin. W niedzielę ból był tępy, a guzek jak gdyby się powiększał. Doktor Google mówił, że to może być torbiel czy inne dziadostwo . Na egzamin poszłam przyćpana ibuprofenem i pyralginą. Zdałam jako jedyna, dalszego ciągu dnia nie pamiętam, bo z bólu wyłam w poduszkę lub spałam.

W poniedziałek o 10 wystartowałam do ginekologa. Mój doktorek miał urlop – niech to wszyscy święci! Na domiar złego rodzinny lekarz na L4. Przyjęła mnie inna lekarka, zbadała, powiedziała, że powinien zobaczyć to chirurg onkolog... Tak, to ostatnie słowo: ON-KO-LOG – powodowało lekkie otępienie, a standardowa żyłka nawet nie pukała w rytmie cza-cza...
Na start jednak, w trzeźwości umysłu, poprosiłam o skierowanie do zwykłego chirurga, bo może jednak niech zobaczy to specjalista. Dostałam pilne skierowanie... Zapisuję się w recepcji. 17:20, dobra, przyćpię się znowu czymś. W międzyczasie znowu pojawiła się gorączka, a pierś napuchła i była gorąca w okolicy guzka – to niezbyt dobra oznaka, nawet taki laik, jak ja, zdawał sobie sprawę, że źle to wygląda. W poradni pojawiłam się chwilę przed 17 – nikogo nie było, więc grzecznie wparowałam do gabinetu. Dwóch lekarzy, znaczy, jeden to młodzik na praktykach, aczkolwiek sam pan doktor traktował z szacunkiem i godnością zarówno mnie jak i swojego ucznia. Tak, zaskarbił sobie tym u mnie wielkiego plusa. Obaj panowie naciskali, dotykali, badali pierś (jednak te 10 pompek daje efekt przy dużych piersiach, utrzymując je w odpowiedniej jędrności). Pomimo tego, że robili to pewnie, ich dotyk był delikatny, nie byli nachalni, nie tarmosili i nie gnietli, a fachowo ocenili, że mamy do czynienia z ropniem 7 cm i trzeba to naciąć i wyczyścić. Jako, że sama jestem strasznym strachajłą i panikarą, automatycznie oczy zrobiły mi się wielkie jak 5 zł i padło pytanie:

- czy teraz, już?- Pan doktor popatrzył na mnie, jak na dziecko, niekoniecznie ogarniające, co się dzieje i dobrodusznie się uśmiechnął:
-Skierujemy panią do szpitala, trzeba to naciąć i oczyścić.
-A nie można tak antybiotykami?
-Jeżeli nie zgodzi się Pani na szpital, wtedy będziemy leczyć Panią antybiotykami.
-A ile dni będę w szpitalu?
-Maksymalnie pięć, bo trzeba będzie zobaczyć, jak się goi.
-Ja nie chcę w miejscowym szpitalu, gdzie Pan doktor przyjmuje?
-Łask. Proszę być na 8, na głodniaka i się niczym nie martwić.



Radosna w wiedzę że to nie rak, a tylko ropień, poszłam do domu – o naiwności! W nocy to gówno zaczęło boleć, doszła gorączka i nie mogłam spać. Tak więc niespokojnym półsnem odliczałam godziny, z bólu wyłam, a w gorączce majaczyłam, Kryśka w nocy robiła mi okłady, bo nie miałam już nawet co ćpać – został jedynie ketonal - gwoli wyjaśnienia, ja i leki to zło konieczne, nie lubimy się, no ale jak boli tak, że marzysz o tym, by sobie samemu to wydłubać, to czas na przyćpanie się. W nocy oczywiście, jak się wybudziłam, od razu do doktora Google i szperam opinie o szpitalu... Niestety, włos, nie tylko na głowie, mi się zjeżył: z jednej umieralni do drugiej poszłam. Panika, spustoszenie, czy ja dobrze robię…? Przekonała mnie gorączka i brak środków przeciwbólowych, a po ketonal bardzo nie chciałam sięgać. Poza tym lekarz, który mnie przyjął, był delikatny, nie wyglądał na rzeźnika, traktował ludzi z godnością i szacunkiem. Pełna obaw o godzinie 7 rano wsiadłam w autobus.

Szpital w Łasku



Obraz zewnętrzny: nie jest tak źle, mogło być gorzej. Wchodzę na izbę przyjęć, która to izbą przyjęć nie była, a portiernią. Tu przekierowano mnie do okienka, gdzie założono mi kartę pacjenta, dano obrożę na rękę z imieniem i nazwiskiem - jakbym nie wiedziała, jak się nazywam... No cóż, dobra zmiana, wymogi Unii i inne szmery-bajery... Usłyszałam na odchodne:
- Piąte piętro, tam w dyżurce panią się zaopiekują. I faktycznie tak było.
Trzeba wam wiedzieć, że jestem strasznym trzęsidupkiem, jeżeli chodzi o igły i zabiegi – fakt, że umiem wbić igłę z insuliną, lekiem przeciw zakrzepowym czy też adrenaliną – nie świadczy o odwadze. Oczy nadal miałam jak 5 złotych, a siostry po pięć razy musiały mi tłumaczyć, że nic mi nie będzie.
Zakłuta w wenflon, z pobranymi probówkami krwi, dostałam salę nr 4. Miałam czekać, co dalej. Przyszedł lekarz, przedstawił się, zaprosił na wywiad i zrobił próbne usg. To, co zobaczyliśmy na monitorku, ani mnie nie ucieszyło, ani doktora. Zlecił dodatkowe usg i powiedział, że dziś jeszcze się z tym musimy rozprawić. Znowu głupie pytanie z mojej strony padło:czy na żywca? Zrobiłam znowu głupią minkę, a lekarz mówi, że widać, iż jestem wystraszona i oszczędzą mi bólu, pojadę na blok operacyjny i mnie uśpią. No dobra, ale to co, rura w gardło i co? Nie zadawałam już pytań, bo doszłam do wniosku, że lepiej się nie ośmieszać. Przed obiadem, którego notabene nie dostałam – usg pokazało, że oprócz ropnia są nacieki ropne na nerwy sutkowe – z polskiego na nasze albo gdzieś doszło do przerwania ropnia wewnątrz i treść zalewała nerwy, albo doszło do gromadzenia się ropy tak po prostu – nie pytałam, chyba nie chciałam wiedzieć. Ból usg uświadomił mi, że podjęłam jedną z tych decyzji, nad którymi nie powinnam się zastanawiać. Po powrocie na oddział poprosiłam o coś przeciwbólowego i przysnęłam sobie na trochę. O 14 powiedzieli, że jedziemy na blok. I znowu wystraszona, trzęsąca się jak osikowy kołek, poszłam się przebrać w seksowny uniformik z czarnej ceraty – naprawdę prima sort! Nie zrobiłam wam zdjęcia, bo no cóż... Wystarczy, że lekarze widzieli mnie w tym – to oni będą mieć koszmary, sesese...


Jak już się gramoliłam na łóżko i miałam jechać, to siostra oddziałowa, złota kobieta, powiedziała do mnie tak czule, jak bym była jej córką lub kimś bliskim sercu: "No, aniołeczku, już się nie bój, będzie dobrze." Chyba już wtedy podświadomie wiedziałam, że trafiłam w dobre ręce. Ta serdeczność, która się pojawiła, była w najczystszej postaci, takiej prawdziwej, cudownej, takiej, że jak by mogła, to przytuliła by do serca i ukoiła ból samym słowem. O Siostrze oddziałowej i jej podejściu do tematu leczenia, serdeczności i byciu człowiekiem, pomimo tego, że jest się odpowiedzialnym za swój zespół, częściowo za lekarzy i przede wszystkim za pacjentów – będzie jeszcze dalej.
Wracając do naszej opowieści – zawieziono mnie na blok. Tam przejęły mnie dwie siostry anestezjologiczne i znowu głaskały, delikatnie macały pierś, by jak najlepiej później przygotować mnie do cięcia - w pewnym momencie przyszedł anestezjolog, powiedział że się nazywa tak a tak i teraz jest czas na wszystkie pytania. Poinformował mnie, że bez intubacji się obędzie, że dostanę kroplówkę, po której pójdę spać, bo to 10 minut zabiegu... wjechaliśmy na salę, popatrzyłam na stare ściany, lampy i stół... dobrze, że mnie uśpili. Sala operacyjna trochę przypominała te z koszmarów – nie rozglądałam się, nie chciałam, nie byłam gotowa. Przed oczami miałam za to serdecznego lekarza, pytającego się, czy już mi jest dobrze i błogo.Nie, nie, jeszcze chyba nie... zzzzZZZZzZzzzZZ... zasnęłam. Jak się okazało, zabieg niekoniecznie trwał 10 minut, ciut więcej, bo trzeba było wyczyścić, założyć dren i zakleić plaster – bez szwów się obyło, jak się dowiedziałam. Po takim dziadostwie nie można założyć szwów, bo ciało musi się oczyścić, a ropa musi mieć gdzieś ujście – dobra, bez szczegółów anatomicznych. Na wpół śpiąca wróciłam do sali. Jedyne co, to siostra mnie zapytała, czy jest dobrze, a ja poprosiłam zastrzyk przeciwwymiotny (za dużo doktora House’a, gdzie zawsze po operacji przy wybudzeniu pacjenci puszczali radośnie hafcika). Dostałam worek na hafcika, zastrzyku nie, ale kroplówkę z lekiem przeciwbólowym owszem, i dalej poszłam spać. Jak się wybudziłam, była 15:40, przyszła oddziałowa, mówiąc: „O, nasza śpiąca królewna się obudziła, kolację zostawiamy Ci na szafce, śpij dziecinko...” I znowu ta serdeczność w głosie, nie wyśmiewanie, a serdeczność i prawdziwość – zastanawiałam się, dlaczego?
Przed pójściem do domu lekarz prowadzący zajrzał do mnie, zapytał, czy wszystko ok i czy lepiej się czułam. Nie byłam pewna, czy lepiej, otępienie wywołane uśpieniem powodowało, że, hmm… czułam się błogo. I nawet, jak koleżanka do mnie przyszła z prowiantem, to nic nie pamiętam (a podobno gadałam z sensem). Dla mnie była to czarna magia i patatające kucyki czy tam jednorożce.

Oddział



Jak już oprzytomniałam, trochę poszłam do WC – za każdym razem, gdy tam wchodziłam, zamykałam oczy, robiłam co swoje i wychodziłam. Widok mało przyjemny, pomimo tego, że codziennie dbano o czystość, tego nie można było zarzucić, jednak, hmmm... WC, cztery kabiny na cały oddział – to woła o pomstę do nieba. Oczywiście, kolejna sprawa to fajki. Ćmochali je w ubikacji, więc jak się wchodziło, to zapaszek dymu papierosowego walił w nos... dobrze, że miałam katar, bo inaczej obawiam się, że radosny hafcik by poszedł. Prysznice mnie osobiście przeraziły – stara cerata, brodzik i heja banana... dlatego też podziękowałam za ich użytkowanie, wolałam chusteczki nawilżone, zresztą stare przysłowie mówi: „Częste mycie skraca życie, skóra się zdziera i człowiek umiera” - trzy dni dnia dziecka bez mycia nikomu nie zaszkodziły, a co swój prysznic to swój.
Nie odbierajcie tego źle, bo to nie wina oddziału, że jest biedny… pomimo braku funduszy myślę, że ci ludzie nieba by przychylili, gdyby mieli tylko taką możliwość, a tak to zostaje im życzliwość, uśmiech i ogromne pokłady miłości do swojej pracy.

Posiłki



Codziennie rano o 8 był obchód – do każdego na chwilę przychodzili lekarze, omawiali problem zdrowotny, pytali o samopoczucie – w moim przypadku wizyty były tak zwane „szybkie i sprawne”, bo nie gorączkowałam, jedyne co miałam, to po operacji pierwszego dnia – kaca. W życiu słońce tak nie krzyczało, a w głowie nie tupało... Moja cała aktywność tego dnia polegała na zjedzeniu posiłków, spacerze po korytarzu i śnie. Tak, ten dzień był do luftu, zwłaszcza, jak nie mogłam się skupić na książce. Wracając do posiłków – przepychu nie było. Pierwsza kolacja zaraz po zabiegu, czyli o 16 – o kurde! To była najlepsza kolacja w moim życiu! Dwie kromki chleba, masło, pół liścia sałaty i trzy plasterki szynki. Przepychu nie ma, ale i głodu nie ma, więc jest dobrze.
Pierwsze śniadanie – 9:00. Oddziałowa namówiła mnie na zupę mleczną, bo odzyskam w ten sposób siłę. Z przydziału dwie kromki chleba, masło, twaróg – wszystko cacy, luks torpeda, tylko ja się pytam, czemu zupa była słona? Kucharce się ciut za dużo sypnęło? Tak, jak w tej bajce, gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść? Nie ma co wybrzydzać, zwłaszcza na kacu polekowym. Przeżyłam, o 12 był już obiad. Tak naprawdę, to nie zdążył człowiek przetrawić tego, co zjadł na śniadanie, a tu już obiad – taka polityka, dostosuj się, to nie kurort a szpital. Tak czy siak, obiad był smaczny, było go nawet za dużo jak na moje potrzeby: botwinka plus ryż z potrawką z kurczaka (jak wiadomo kurczak i ryż idealne są dla tych, co się odchudzają, więc bon appetit!). Kolacja o 16, standardowo pajdka chleba, wędlina i ćwiartka pomidora! A co, takie burżujstwo!
Każdy dzień wyglądał mniej więcej tak samo, drugiego dnia po operacji czekaliśmy na wyniki posiewu, by wykluczyć gronkowce, paciorkowce i inne cosie, które mogły spowodować takie ała-ała. Wynik negatywny, co znaczyło mniej więcej tyle, że w organizmie mam dużo bakterii beztlenowych, które zwalczymy kroplówkami i lekami doustnymi. Goiło się całkiem zacnie. Ordynator zadowolony, wszyscy szczęśliwi, tylko ja złapałam paskudną migrenę i chodziłam mało szczęśliwa. Na domiar złego złapałam infekcję, miałam katar i radośnie seksowny kaszel, tak więc nieszczęśliwa Wiedźma siedziała, a raczej leżała drugi dzień plackiem i marzyła, by ogarnąć siebie i rzeczywistość, co było dość trudne, bo z nosa ciekło jak z kranu, a i poziom skupienia był na poziomie 5-6-latka. Dlatego znowu poszłam spać.
Dzień trzeci po operacji to kroplówka z antybiotykiem, wizyta mojego fumfla z zapasem książek o przygodach Jakuba Wędrowycza i cicha ucieczka w poszukiwaniu bankomatu. Dosłownie przygoda życia. Na początek zwiedzenie szpitala w poszukiwaniu bankomatu, odnalezienie bufetu bez możliwości płacenia kartą... albo jestem przebrzydłym mieszczuchem, albo XXI wiek wszedł mi w krew. Tak czy siak,@Avtandil sprawdził, gdzie jest najbliższy bankomat i udaliśmy się na spacer. Dobrze, że nikt nie patrzył na moją obrożę identyfikacyjną i wenflon, bo by była wtopa... Tak czy siak, droga do bankomatu była prosta, ale dla mnie była męką. Było gorąco... za gorąco. No i znowu dopadła mnie migrena... Udało się doczłapać do bankomatu, później szybkie zakupy w sklepiku szpitalnym i wio na piąte piętro... Tak, jak zwykle jestem rozgadana, tak Marcin miał problem, by wydusić ze mnie cokolwiek – ba! nawet o 12 nie byłam w stanie zjeść obiadu, a to już źle wróżyło. Migrena w natarciu, poprosiłam o Ketonal... przyćpałam się i poszłam spać. O 16 przed kolacją poprosiłam o pyralginę, bo jeszcze łupało pod tym moim kolorowym czerepem i tak radośnie doszłam do wniosku, że mogę iść spać.

Dzień czwarty po operacji – wypis i prawda, o której ludzie zapominają:



Co z tego że szpital jest biedny? Co z tego, że posiłki są o takich, czy innych godzinach? Tak naprawdę nic to nie znaczy. W tym szpitalu na oddziale Chirurgii Ogólnej jest zespół fachowców, którzy ratują życia i traktują każdego godnie – czy to starego, czy młodego. Dla każdego mają czas i rozumieją troski dnia codziennego. To nie fartuch jest wyznacznikiem ich zawodu, a to że kochają ludzi. Prawda jest taka, że w innym szpitalu cięliby mnie na żywca, nikogo by nie interesowało, czy boli? czy zjadłam? lub jak się czuję? A tu w nocy pielęgniarka weszła i zapytała, jak się czuję, nie budzono mnie na mierzenie temperatury i ciśnienia, po prostu robiono to delikatnie, kiedy spałam. Podczas zmian opatrunków obchodzono się ze mną z godnością. Nie tylko ze mną. Ze wszystkimi na oddziale. W dniu mojego wypisu przyjechała osoba niepełnosprawna, dla tego zespołu była kolejnym potrzebującym pacjentem. Oddziałowa z czułością ją uspokajała przy zmianie opatrunku. Kiedy wychodziłam, jeden z pacjentów dziękował za uratowanie życia ordynatorowi i chwalił się, że wstał z łóżka SAM!!! Wdzięczność ludzi za to, że uratowano im życie lub poprawiono im komfort życia w chorobie była widoczna za każdym razem. Dlatego dziś chcę w mikroskopijny sposób odczarować chociaż minimalnie opinię o tym szpitalu i o załodze tego oddziału. Na koniec zostawię małą dygresję – kilka słów zamienionych z oddziałową i Ordynatorem.

-Dziś jesteśmy same, we dwie na cały oddział, ale czy to znaczy, że miałam dziewczynom z nocy kazać zostać? Niech pośpią sobie chociaż do tej 14:00.
-Macie urwanie dupy, nie tylko głowy, dzisiaj.
-Nie tylko dziś, tak jest zawsze, ale kocham swoją pracę i dlatego walczymy każdego dnia o to, by było dobrze [...]



-Zadam niedyskretne pytanie...
-Słucham?
-Mogę opisać Was, Waszą pracę? Macie dość niepochlebną opinię, a chcę ją odczarować, bo było mi tu dobrze, czułam się bezpiecznie.
-Miło mi to słyszeć i będzie mi bardzo miło przeczytać coś innego na nasz temat. Człowiek stara się, by było dobrze, chciałbym zmienić tu wiele rzeczy, ale nie ma na to zasobów. Zdaję sobie sprawę z sanitarek i z tego, jak tu to wszystko wygląda.
-Na pewno można coś zrobić...
[...]

Zostawiam ten tekst pod refleksję i życzę wam, byście, jak już musicie trafić do szpitala, trafili pod skrzydła właśnie takiej załogi, co leczy nie tylko choroby, ale jest i plastrem miodu na dusze!

PS2. Zostawcie komentarze myślę że będzie im przyjemnie jak je przeczytają!!

KOMENTARZE

  • a-a-a

    Breaking: https://steemit.com/news/@bible.com/6h36cq

  • a-0-1

    Breaking: https://steemit.com/news/@bible.com/6h36cq# Breaking: https://steemit.com/news/@bible.com/6h36cq

  • julietlucy

    Ja też po tych moich pobytach w szpitalach zawsze mówiłam, że wszystko zależy od człowieka. Nie szpitala, nie oddziału, nie lekarza, tylko człowieka. Ile ma w sobie empatii i szacunku do pacjenta.

  • strefanetu

    Rozcięty od klatki piersiowej po sam duł i po przestawionych narządach z pobytu jestem zadowolony, pomimo że obok miałem jęczących i wiecznie narzekających na personel. Może i trafiłem na doświadczonego starszego po 60 chirurga z dobrą opinią.

    Młode dziewczyny dopiero co uczące się ze strachem podchodzą do pacjenta, bo przecież muszą gdzieś zdobyć praktykę. A taki strzela fochy! Co innego, żeby podchodziły bez doświadczenia i bez nadzoru. Jedno jest pewne, przez narzekające osoby szybko doszedłem do siebie, pomimo że zakazano mi wysiłku, to każdej nocy ledwo ze stojakiem na kroplówki z cewnikiem latałem po korytarzu, żeby nabierać siły pomimo bólu. Jedzenie też nie jest takie złe, wydaje mi się, że o wiele się poprawiło w tym kierunku. W pokoju wylądowałem ostatni i wyszłem pierwszy, że personel się dziwił, że tak ładnie się kurowałem.

    Jeśli to czytają Pozdrawiam całe załogi, bo sam osobiście nie chciałbym wykonywać- tak niewdzięcznej pracy, jaką muszą znosić oni, ścielić materace codziennie,dźwigać pacjentów czy przebierać itd. Jeszcze raz POZDRAWIAM:)

  • breadcentric

    Ludzie w szpitalu to żonglerzy: żonglują czasem, procedurami, zasobami, godnością pacjenta i godnością swoją. Nie jest łatwo to wszystko ogarnąć, ale jednak przychodzą i żonglują dalej.
    Cieszę się, że trafiłaś w dobre ręce.

  • psychepl

    Muszę się zgodzić, że reguły nie ma. Sam raz szpital zaliczyłem i mimo, że to psychiatryk był, to muszę przyznać, że dobrze wspominam personel i opiekę. Było poszanowanie godności, wyrozumiałość i dbałość o pacjenta. Szacuneczek dla Twoich opiekunów zdrowia. Nie jest tak źle jak sporo osób mówi.