BLOGCZEJNalpha

Temat tygodnia #22: Zwierzaki mojego życia: KOTY

Dziś nietypowo, bowiem o zwierzętach. Ale nie o byle jakich bydlętach, lecz o domowych pupilach, z którymi łączyła mnie mniejsza bądź większa więź emocjonalna. Mam prawie ćwierć wieku na karku, więc kilka z nich przewinęło się przez te lata.

C__Data_Users_DefApps_AppData_INTERNETEXPLORER_Temp_Saved Images_19692436_1044301395705926_1688526868_n.jpg
Lolek, który chyba rozkminia czym jest szyba...

Większość mojego życia spędziłem w domu rodzinnym na wsi, więc z obecnością zwierząt w gospodarstwie domowym nie było nigdy problemu. Pies i kot musiały być obowiązkowo, a do tego dochodziły zwierzęta hodowlane. Nie zdziwię chyba nikogo, że moimi ulubionymi pupilami nie były świnie czy krowy, lecz psiny i kocury.

Pozwólcie, że najpierw przedstawię Wam mojego pierwszego kota, jakiego pamiętam z wczesnego dzieciństwa. A był to Mikan. Może ktoś domyśla się skąd takie imię? Otóż w czasach, gdy byłem dzieciakiem leciał na TVN serial anime o kocie, który potrafił mówić. I miał właśnie tak na imię. Bajkę tą wręcz uwielbialiśmy!

Więc naszego realnego kotka ochrzciliśmy ze siostrą imieniem Mikan :)

Co prawda nie był on pomarańczowy jak ten z bajki, lecz jego futro było wielokolorowe: częściowo białe, trochę szare, trochę bure. Taka fajna mieszanka. Nie muszę chyba mówić, że jako kilkuletni chłopczyk bardzo się przywiązałem do tego kocura.

Z nim wiąże się pewna wzruszająca historia. Otóż, gdy Mikan miał już parę wiosen na karku, nagle zaginął. Przez pierwsze dni specjalnie nikt się z mojej rodziny tym nie przejął, gdyż był to okres wiosenny, czyli czas „kocich randek”. Jednak, gdy przez tydzień kot nie zjawił się po swoją porcję mleka, zaczęły się pojawiać obawy, że coś mu się mogło stać. Kilkaset metrów od mojego domu przebiega droga wojewódzka, na której nie jedno zwierzę zakończyło swój żywot pod kołami rozpędzonego samochodu. Była więc duża szansa, że Mikan jest już kocim aniołkiem…

Ja i siostry nie za bardzo chcieliśmy się z tym pogodzić i ciągle mieliśmy nadzieję, że nasz kiciuś wróci…

mikan.jpg
Kadr z serialu „Mikan - pomarańczowy kot”

Po prawie dwóch tygodniach od jego zaginięcia jedna z ciotek mieszkających nieopodal nas przyniosła ważną nowinę: jedna kobieta ponad tydzień wcześniej znalazła jakiegoś potrąconego kota leżącego w rowie i wzięła go pod opiekę. My, dzieci, jak tylko to usłyszeliśmy, to od razu byliśmy pewni, ze to nasz Mikan! Mama tłumaczyła, że to równie dobrze może być całkiem inny kot. My jednak narobiliśmy takiego rumoru, że w końcu pojechała do tej kobiety, by to sprawdzić.

Wróciła może pół godziny później z kartonem, w którym znajdowały się jakieś szmatki. Na nich leżało coś co kiedyś było pięknym kotem, a teraz było zmasakrowanym zwierzęciem.

Które o dziwo żyło!

Oczywiście siostry w płacz, mi się też smutno zrobiło, a rodzice się zastanawiają poważnie, czy to aby na pewno jest nasz kocurek. To biedne stworzenie było bardzo poranione i poobijane. Pyszczek miało lekko zdeformowany, urwane pół jednego ucha, przetrąconą jedną łapkę i futro w wielu miejscach pozlepiane krwią. Naprawdę nie łatwo było rozpoznać w nim kochanego Mikana. Przy próbie dotknięcia, zaczynał przeraźliwie miauczeć. Wydawało się, że nawet jeśli to nasz kot, to nie pożyje zbyt długo. Mimo wszystko staraliśmy się zapewnić mu jak najlepsze warunki. Ogrzaliśmy go, podawaliśmy mleko, próbowaliśmy go umyć.

Przy czym ciągle nie było pewności, czy opiekujemy się własnym pupilem…

Dopiero wieczorem sprawa się wyjaśniła. Moja najmłodsza siostra, z sobie tylko znanych powodów, postanowiła wziąć go w kartonie do budynku gospodarczego, gdzie zwykle chował się na noc. Przed drzwiami dobiegł jednak do niej nasz pies – suczka Finka (o której również opowiem). Ta wsadziła swój łeb w karton i zamiast zaszczekać na widok kota, ta zaczęła go lizać.

Wszyscy wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że ona musiała poznać swojego kolegę Mikana.

Wiem, że wielu z Was może być zszokowanymi, że ani my, ani kobieta, która znalazła kota w rowie, nie zawieźliśmy go do weterynarza. Jednak na wsi jest po prostu inna mentalność, inne podejście. Śmierć zwierząt domowych jest na porządku dziennym. W dodatku to wszystko działo się kilkanaście lat temu, kiedy w okolicy nie było wielu weterynarzy, a wzywani byli oni głównie do zwierząt hodowlanych.

Pod nasza opieką Mikan się jakoś wylizał. Kulał na tylną łapę co prawda do końca życia, a jedno oko bardzo często mu łzawiło, ale mógł w miarę normalnie funkcjonować. A my mogliśmy się z nim bawić i ciągle troszczyć się o niego. Po kilku latach zmarł śmiercią naturalną.

Jednak bez wątpienia będzie kotem, którego zapamiętam do końca życia.

Po nim mieliśmy oczywiście kolejne „sierściuchy”, jak na te futrzaki zwykł mówić mój tata. Był czarno-biały Mruczek, który pewnego dnia wyszedł i już nie wrócił. Przyjęliśmy naiwną wersję (którą podtrzymywali nasi rodzice), że uciekł z młodą koteczką do ciepłych krajów.

20180201_191357.jpg
Lolek ma wywalone na naukę :)

Mieliśmy także parę burych kociąt, którym przez długi czas nie mogliśmy wymyślić imion. W końcu ktoś zaproponował by po prostu na samca mówić „On”, a na samiczkę „Ona”.

My jednak zmodyfikowaliśmy te imiona i ochrzciliśmy kotki „Onusiem” i „Onką”.

Mijały lata, a koty się zmieniały. W pamięci mej siostry na pewno zostanie szarobury Kubuś, który zginął śmiercią straszliwą. Wpadł on we wnyki (stalową pętlę), która zacisnęła się wokół jego tułowia. Nie mógł się wydostać, bowiem im bardziej się szarpał, tym mocniej pętla się zaciskała. Pułapka została zostawiona w niewielkim sadzie aronii w znacznej odległości od domostw. Nikt nie usłyszał jego miauczenia… Po wielu dniach od zaginięcia moja siostra podczas poszukiwań znalazła jego martwe ciało…

Im bardziej uświadamiała sobie jak bardzo cierpiał nim zdechł, tym bardziej płakała...

Może gdyby ktoś kilka dni wcześniej wpadł na pomysł, by poszukać Kuby wśród krzewów aronii, to dałoby się go odratować...

Wspomniany wcześniej „Onuś” również miał przygodę z kłusowniczą pułapką. Wnyki zacisnęły mu się wokół łapki, jednak jakimś cudem potrafił ukręcić cienki drut, z którego zrobiona była pętla i wrócił szczęśliwie do domu.

Obecnie w naszym domu rodzinnym żyje sobie czarny Lolek, widoczny na dwóch zdjęciach. To jednak nie jest zwykły kot. Moja siostra, która kończy V rok pedagogiki specjalnej rozpoznała u niego co najmniej kilka defektów umysłowych. Jednak nie przeszkadza mu to w szczęśliwym funkcjonowaniu :) A my mamy często z niego polewkę, gdy sobie śpi z wywalonym jęzorem lub ucieka przerażony przed większą muchą :D

Na dziś to by było na tyle. Uważam, że tekst i tak już jest dość długi, więc wpis o psach z mojego życia ukaże się jutro.

Post zgłaszam do 22 edycji „Tematów Tygodnia” (3: Zwierzęta na dobre i na złe).

Kadru z serialu użyto na podstawie prawa cytatu:
http://www.prawoautorskie.pl/art-29-prawo-cytatu

@kusior

Zapraszam na mojego bloga: http://zkusiorabani.pl/
oraz do polubienia strony na FB: https://www.facebook.com/zkusiorabani/

Jeśli tylko Ci się spodobało zostaw upvote i komentarz :) Będę niezmiernie wdzięczny :) Możesz także obserwować mój profil, by nie przegapić kolejnych postów!

KOMENTARZE

  • wrestlingworld

    mi się trafił dość żarłoczny kot, wiem kiedy chce jeść bo mój kot wie gdzie jest lodówka i jak chce jeść to miauczy i się o nią ociera

  • ines95

    Bardzo fajny post! 😊 Koty są najbliższe memu sercu i moje też miały różne przygody nie zawsze szczęśliwe, o których może kiedyś opowiem 🙂

  • theadelina

    najbardziej tragiczny i dramatyczny post jaki tutaj przeczytałam.. strasznie bolesne wspomnienia. morał z tych historii powinien być taki, że koty domowe są domowe i nie należy ich wypuszczać (przez myśliwych, samochody, psy oraz pasożyty, a także ich własne zdrowie psychiczne)!! cieszę się, że podzieliłeś się swoimi wspomnieniami, miło że tak bardzo lubisz koty, też je kocham :) niestety ludzkość ze wsi wbrew pozorom najgorzej traktuje zwierzęta (stwierdzam po latach obserwacji), skazanie Mikuna na niewyobrażalne cierpienie jest karygodne, jednak Ty i Twoje siostry byliście niewinnymi dzieciakami, które nie miały wpływu na decyzje "dorosłych". bardzo przykre :( aa Twój Lolek jest przesłodki!! moje kociaki też całymi dniami oglądają "kocią telewizję" ;) cały czarnuch?