BLOGCZEJNalpha

Taman Negara - dżungla, pijawki, dziki i komary - coś, co tygryski lubią najbardziej? ;) Malezja #3

Perhentiany trzeba było opuścić gdyż malezyjska przygoda wzywała dalej - tym razem do... dżungli! Z rajskiej plaży ruszyłyśmy z powrotem na kontynent do Taman Negara - co po malezyjsku znaczy park narodowy =] Czy potrzebny jest Tarzan w Malezji? W sumie to nie, ale w jednej sytuacji by się przydał szalony ziomek śmigający po lianach :P

Taman Negara

Jest niewątpliwie tzw. „must see” jeśli wybieracie się do Malezji. Dlaczego? A choćby dlatego, że jest to najstarszy i największy na naszej planecie las deszczowy. Weźcie sobie teraz przeżyjcie 130 milionów lat w niezmienionej postaci. Raczej średnio możliwe, co nie? Już podobno koło trzydziestki pojawiają się pierwsze zmarszczki u ludzi (u mnie chyba jeszcze nie, a bynajmniej ja ich nie widzę :P), także wiek Taman Negara robi wrażenie ;) I tak, to właśnie tutaj kiedyś żyły dinozaury. Po dinozaurach ślad zaginął dawno temu, ale spokojnie, na swojej drodze możecie spotkać pijawki i inne komary tudzież… dziki :P

IMG-20180926-WA0000-01.jpeg

Ale po kolei - jak dostać się z Perhentian Islands, malezyjskiego raju do najstarszego na świecie Parku Narodowego?

Arrivederci leżing, smażing i plażing!

Z samego rana zebrałyśmy się i z całym ekwipunkiem średnio dziarsko ruszyłyśmy na przystań skąd miałyśmy rozpocząć podróż do Kuala Tahan, małej miejscowości w Parku Narodowym Malezji. Koszt łódki do Kuala Besut, to tak jak w pierwszą stronę - 35 ringgitów. Po około 30 min przy całkiem zawrotnej prędkości byłyśmy już na brzegu. Stąd szybko znalazłyśmy minivana kierującego się do Taman Negara - start o 10, koszt 90 ringgitów i jazda! No, jazda była całkiem długa, bo na miejscu byłyśmy około 18. Na szczęście po drodze był przystanek na szamkę - bez tego ani rusz przecież!

Niby nic, taka o, sobie podróż na relaksie, ale wierzcie mi, że potrafi zmęczyć! Całkiem padnięte i (znowu) głodne doczłapałyśmy się do naszej kolejnej noclegowni i czym prędzej poszłyśmy „w miasto” (czytaj 2 uliczki na krzyż) w poszukiwaniu kalorii. Po napełnieniu brzuszków - kierunek kimka, co by zregenerować siły przed dżunglą ;)

Ahoj dżungloooo!

Prawie z samego rana zebrałyśmy się i wyruszyłyśmy w dzicz :P Pierwszy punkt programu - przeprawienie się przez małą rzeczkę Tembiling - 1 ringgit one-way ticket. Po zaledwie kilku minutach, może dwóch ;), postawiłyśmy nasze nogi w Parku. Tam trzeba było się udać do „okienka” i wykupić wejściówkę na teren parku plus opłatę za aparat fotograficzny bądź telefon komórkowy (wjazd - 1 MYR, opłata za bycie paparazzo w dżungli - 5 MYR). I w ten oto sposób… ruszyłyśmy!

Lubuk Simpon i "goście" =]

Pierwszy przystanek - Lubuk Simpon, tzw. „natural pool”, czyli miejscówka, gdzie można się trochę popluskać. Żeby tam dotrzeć wcale nie trzeba brać przewodnika, czy wykupywać wycieczki. W ogóle w Parku Narodowym w Kuala Tahan nie ma sensu wynajmować nikogo do pomocy. Po pierwsze koło „kasy” jest namalowana mapa kompleksu gdzie co się znajduje. A po drugie ścieżki są jasno opisane, więc nie powinniście mieć problemu ze spacerem :P

IMG-20180926-WA0001-01.jpeg

Mniej więcej w połowie drogi do Lubuk Simpon, przeżyłyśmy kilka sekund grozy - na drodze stanął przed nami… dzik. A nawet i dwa. Generalnie na chwilę zamarłyśmy, bo przecież nie byłyśmy u siebie i kto wie jak taki dzik bądź dziki (mi osobiście wydaje się, że to była może matka i dzieciak, drugi warchlaczek był zdecydowanie mniejszy). Na całe szczęście poszły dalej, w las, że tak powiem, a my mogłyśmy już bez dusz na ramieniu ruszyć przed siebie. A oto jak Lubuk Simpon się nam zaprezentował:

Myślałam, że będzie trochę więcej wody, ale chyba to po prostu nie ta pora ;)

P_20180926_091006-01.jpeg

Canopy Walkway

Z Lubuk Simpon ruszyłyśmy dalej w głąb Parku. Myślałyśmy, że stąd bez problemu dostaniemy się w okolice punktu widokowego albo Canopy Walkway. Mówiłam już, że była mapa zaraz przy wejściu do Parku? No my zapomniałyśmy sprawdzić drogę i dotarłyśmy do ślepego zaułka :P Nie chciałyśmy ryzykować kolejnego spotkania z jakąś większą bestią ;) i wróciłyśmy do punktu wyjścia. Tam też znowu udałyśmy się do kas żeby kupić bilet na Canopy Walkway, czyli spacer wśród drzew po kładkach zawieszonych na linach. Atrakcja na pewno warta świeczki, zwłaszcza że był to wydatek 5 ringgitów na osobę. Co więcej, jest to najdłuższy taki szlak na świecie, więc jeśli nie macie lęku wysokości, to nie ma co się zastanawiać ;) A jeśli o wysokości mowa, to owe kładki zawieszone są na wysokości od 25 do ok. 40 metrów. No i chyba zapomniałam wspomnieć o przyjemnym trzęsieniu podczas kroczenia na Canopy Walkway ;) To co, są jacyś chętni na sali na mały spacerek? =]

P_20180926_104259-01.jpeg

Bukit Teresek

Po Canopy Walkway chciałyśmy się wybrać od razu na Bukit Teresek - punkt widokowy w Taman Negara na wysokości 334 metrów n.p.m. Niby 1700 metrów trzeba pokonać żeby się tam dostać, ale w lokalnych warunkach, czytaj mega upale, jest to nie lada wyczyn. Jeśli będziecie się na to wybierać, to kilka rad z mojej strony:

  • Najpierw idźcie na Bukit Teresek - Canopy Walkway nie kończy się w tym samym miejscu gdzie się zaczyna. Ba! Trzeba od nowa wdrapywać się kawałek żeby dotrzeć do tego samego punktu, który nota bene jest na „trasie” do punktu widokowego. My oczywiście tego nie wiedziałyśmy i cóż - trochę sportu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nieprawdaż? ;)

 jkb.jpeg

  • Weźcie ze sobą wodę. Duuuuużo wody. Minimum 1,5 litra na całą niby krótką wyprawę we wszystkie wyżej wymienione miejsca. Wdrapywanie się na Bukit Teresek w malezyjskim upale daje się we znaki, także nie zapomnijcie o obowiązkowym nawadnianiu organizmu ;)

Nagrodą za tą małą wspinaczkę będzie taki oto widok:

P_20180926_115423-01.jpeg

Osobiście nie urzekło mnie jakoś super bardzo to, co zobaczyłam, ale i tak warto było pokonać tą drogę ;)

Taki spacerek po Parku Narodowym trwał zaledwie kilka godzin, więc zupełnie na relaksie. Trochę się zmęczycie i na pewno zgłodniejecie =] Wraz z moimi kompankami miałyśmy się wybrać jeszcze do Kampung Orang Asli - osada rdzennych mieszkańców Taman Negara. Nie dotarłyśmy tam jednak, bo… lenistwo wzięło górę i zanim się zebrałyśmy, już było trochę za późno żeby tam dotrzeć. No cóż, może jeszcze tam wrócę ;)

Pomijając ryzyko ataku pijawek (na szczęście u nas obyło się bez bliskiego spotkania z nimi) i dość bliskiego spotkania z dzikami, to naprawdę warto się wybrać do Parku Narodowego w Malezji. Spocicie się, popracujecie nad rzeźbą łydek, wypijecie hektolitry wody, może przytulą się do Was pijawki albo inne robaczki - czyli rzeczywiście coś, co tygryski lubią najbardziej :P Trochę ruchu przecież jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a zawsze przyjemnie pochodzić po najstarszym na świecie lesie deszczowym. No i nie zapomnijmy o Canopy Walkway ;) Namówiłam Was trochę? :)

P_20180926_102755-01.jpeg

Po zaledwie dwóch nocach spędzonych w Kuala Tahan, ruszyłyśmy dalej na dziki malezyjski zachód - tym razem na rozległe plantacje herbaty do Cameron Highlands. Co tutaj nas spotkało? O tym w następnym poście ;)

Ciao!

Karola

KOMENTARZE

  • sp-group

    Twój post został podbity 100% głosem @sp-group. Kurator- @julietlucy.

  • fervi

    Twój post został podbity 30% głosem @noisy. Kurator- @fervi.

  • restandtravel

    Widoki są przednie - pewnie najlepsze na tych kładkach ;)

  • rozku

    fantastyczne zdjęcia Karola!!
    zwłaszcza to z wiszącym mostem!

    ależ jesteście dzielne dziewczyny!

    PS:
    biletowe okienko przy dziewiczej dżungli mnie powaliło :D

  • muffoni

    Fajnie sobie podróżujesz i przyjemnie się czyta. Pozdrawiam. :)

  • lashotta

    Ale zazdraszczam! :)