BLOGCZEJNalpha

Podróże z PRL-owskim paszportem (0) - czyli jak to drzewiej bywało z paszportami 🙂

04xy.jpg

W zasadzie to pewnie od takiego wprowadzenia cykl artykułów pt. "Podróże z PRL-owskim paszportem" powinienem zacząć, ale wyszło inaczej, więc uznałem, że teraz dla porządku warto napisać o ogólnych zasadach podróżowania za granicę w czasach mniej lub bardziej słusznie minionych 🙂

belka.jpg

Zacznijmy więc od tego, że tak mniej więcej do wybuchu I Wojny Światowej jedynym praktycznym ograniczeniem w podróżowaniu były pieniądze. Wprawdzie różne państwa wydawały dokumenty podróżne, ale zazwyczaj nie miały one obligatoryjnego charakteru i służyły głównie do tego, żeby podróżnego uwiarygodnić i ewentualnie mu pomóc - mając bowiem przy sobie paszport wydany przez ten czy inny rząd mógł on się zawsze powołać na ochronę ze strony przedstawicieli swojego państwa w trakcie zagranicznej podróży.

alabama.jpg

Jeśli zaś granice wogóle chroniono to raczej przed niekontrolowanym przepływem towarów niż ludzi bo wpływy z ceł i podatków importowych stanowiły istotne pozycje w budżetach ówczesnych państw, a jednocześnie chroniły lokalny rynek przed nadmierną konkurencją ze strony innych państw. Niechlubnym wyjątkiem w tym systemie była Rosja, gdzie władza chciała kontrolować lojalność swoich obywateli w szczególny sposób i oficjalnie wyjazd zagraniczny wymagał uzyskania paszportu.

Wjazd do Rosji także wymagał posiadania paszportu i stosownej wizy, a i wewnątrz kraju istniał też system paszportów wewnętrznych który w połączeniu z obowiązkiem meldunkowym stanowił istotny element kontroli obywateli przez państwo. Sowieci zatem tego nie wymyślili, a jedynie udoskonalili system, który potem wyeksportowali do wszystkich demoludów.

paszport_rosja.jpg

System różnorakich dokumentów identyfikacyjnych, osobistych i podróżnych na dobre zagościł w europejskiej rzeczywistości po wybuchu I Wojny Światowej i tak zostało do dzisiaj.

W okresie międzywojennym podróżowanie stało się bardziej skomplikowane - w ruchu granicznym zaczęły funkcjonować różne przepustki, dokumenty i oczywiście wizy oraz paszporty. Wiza oczywiście służyła do tego, żeby ewentualnie kogoś nie wpuścić, a paszport do tego, żeby ewentualnie kogoś nie wypuścić, choć to ostatnie stwierdzenie jest sporym uproszczeniem. Nowo powstałe państwa europejskie z zacięciem godnym lepszej sprawy zaczeły z dużym entuzjazmem wprowadzać różne ograniczenia, choć przyczyny dla których tak robiono były różnorodne.

W przypadku II RP polityka paszportowa była dosyć liberalna, ale nie było z tym wcale tak różowo jak by się mogło wydawać. W ruchu lokalnym (czyli do krajów ościennych za wyjątkiem oczywiście Sowietów) obowiązywały różne ułatwienia, przepustki, karty "cyrkulacyjne" dla tych co np. na Śląsku regularnie granice przekraczali, ale z paszportami na dłuższe wyjazdy nie było wcale tak prosto. Jeden powód to chęć kontrolowania obywateli i tego czy wypełniają oni swoje ustawowe obowiązki wobec państwa, a drugi to ochrona rynku wewnętrznego. Dlatego paszportu mógł nie dostać ktoś o nieuregulowanym stosunku do służby wojskowej czy np. osoba karana, a jego wydanie wiązało się z istotnymi wydatkami bo w różnych okresach kosztowało to od 100 nawet do 500 złotych, podczas gdy dobra miesięczna pensja to było 150 złotych. Wyjazdy zagraniczne uznawano bowiem za luksus i to luksus niekorzystnie wpływający na bilans płatniczy kraju. Stąd też robiono różne dziwne wygibasy w stylu: na wyjazd do Jugosławii dostaniesz paszport za darmo bo Jugosławia wisi nam sporo kasy której i tak nie odda w gotówce, więc przynajmniej skonsumujmy ją w usługach turystycznych. Ale na taki paszport już do Włoch legalnie pojechać się nie dało.

paszportIIrp_front.jpg

paszportIIrp.jpg

Do tego polskie paszporty miały krótki (zazwyczaj roczny) termin ważności, a za każde przedłużenie pobierano spore opłaty. Ale co do zasady nie odmawiano ludziom prawa do wyjazdu z przyczyn ideologicznych - chodziło głównie o pieniądze. Poza tym w tamtych nieskomputeryzowanych czasach można było różne cuda wyczyniać z papierami - jakiś kreatywny podróżnik zwiedził sporą część Azji z dokumentem zrobionym z jadłospisu z kairskiej restauracji, do którego przykleił swoje zdjęcie i odbił na nim pieczątkę zrobioną z jakiejś starej tureckiej monety - nawet o tym w ówczesnej prasie pisali, ale niestety nie mogłem znaleźć skanu wycinka.

belka.jpg

Wybuch II Wojny Światowej spowodował drastyczne ograniczenia w ruchu transgranicznym. Granice wszelakie były ściśle kontrolowane, a legalne wyjazdy stały się wyjątkiem od reguły, choć oczywiście spory ruch odbywał się poza wszelką kontrolą.

Po wojnie wszystkie te ograniczenia utrzymano, choć tak mniej więcej do 1948 granice szczelne nie były, a granicę wewnątrz-niemiecką (za wyjątkiem Berlina) zamknięto dopiero definitywnie chyba w 1952. Jeśli zaś chodzi o PRL to faktycznie do 1956 granice były zamknięte i wyjazdów indywidualnych praktycznie nie było.

Dopiero po październiku 1956 pojawiły się nowe możliwości choćby wyjazdów na zaproszenie czy też z wycieczkami Orbisu (w tym do krajów zachodnich, choć jak na tamte realia kosztowały one naprawdę słono). Kolejna liberalizacja to pierwsza połowa lat siedemdziesiątych, kiedy to zawarto porozumienie z NRD umożliwiające przekraczanie granicy z tym krajem na podstawie dowodu osobistego z odpowiednim wpisem.

dowod_stemple.jpg

Jednocześnie były możliwe wyjazdy do innych demoludów na podstawie typowo peerelowskiego wymysłu jakim była wkładka paszportowa - taki quasi-paszport, bez zdjęcia, ważny wyłącznie z dowodem osobistym i służący do podróżowania do pozostałych demoludów, a niekiedy nawet do Jugosławii. W tym ostatnim przypadku chodziło szczególnie o to, że z takim kwitem na węgiel nie dało się legalnie przekroczyć granicy z Austrią czy Włochami

wkladka1.jpg

wkladka2.jpg

wkladka3.jpg

Chyba w 1977 roku możliwość podróżowania z dowodem osobistym zaopatrzonym w odpowiednie stemple rozszerzono na pozostałe demokracje ludowe. I taka laba trwała mniej więcej do sierpnia 1980 kiedy to NRD zamknęło granice z Polską rzekomo z powodu epidemii pryszczycy, znanej lokalnie pod nazwą Solidarność... Niewiele później zrobiły to samo pozostałe kraje bloku wschodniego, a wpisy w dowodach uprawniające do przekraczania granicy straciły ważność wraz z wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce.

Wyjazdy na Zachód były reglamentowane cały czas, ale w porównaniu do innych demoludów z Polski można było względnie łatwo wyjechać. Za Gierka wystarczało mieć na koncie dewizowym $150 dolarów na głowę lub zaproszenie od kogoś z zagranicy. Teoretycznie można też było te $150 kupić legalnie od państwa, ale takie benefity były rozdzielane centralnie stąd bez znajomości szanse na taki zakup były niewielkie. Po 1981 roku ludowa ojczyzna sprzedawała po państwowym kursie jedynie $10 na głowę na jeden wyjazd. Były też możliwości wyjazdu na wycieczkę zorganizowaną co dawało możliwość otrzymania paszportu. Tak więc było wiele możliwości i tak naprawdę jak ktoś się uparł to paszport dostał i wyjechał, choć odmowy się zdarzały i cały proces był wyjątkowo upierdliwy i mocno zbiurokratyzowany. Były jednak wyjątkiem od reguły i opowieści o tym, że z Polski nie można było na Zachód wyjeżdżać to bajki.

A z kolei w takim NRD czy Czechosłowacji, Rumunii czy Bułgarii wyjątkiem od reguły było wydanie paszportu na zachód. A z najbardziej zaawansowanego w budowie komunizmu socjalistycznego raju jakim było ZSRR to nawet do demoludów trudno było wyjechać. Tylko Węgry miały względnie liberalną politykę paszportową nieco podobną do tej obowiązującej w Polsce.

W latach 1981-1983 wszystkie wyjazdy były znowu mocno reglamentowane, ale od 1984 można zaobserwować postępującą liberalizację. W 1985 zezwolono na trzymanie w domu paszportów uprawniających do wyjazdy do pozostałych demoludów (pewnie dlatego, że realnie na taki paszport to można było tylko na Węgry pojechać - pozostałe kraje wymagały zaproszeń, a ich obywatele także do Polski mogli przyjechać tylko na zaproszenie. Tyle że jak mnie zapraszano do NRD to znajoma musiała chodzić po jakichś urzędach i wyjaśnienia pisać, a ja z kolei mogłem do Polski zaprosić całą wycieczkę z NRD co i też raz zrobiłem i pies z kulawą nogą tym się nie interesował - ot taka polska specyfika), a zdaje się pod koniec 1988 od strony polskiej granice stanęły otworem.

Tyle że symetrycznie czym łatwiej było z Polski wyjechać, tym trudniej było gdziekolwiek wjechać ze względu na wizowe durnoty jakie te wszystkie zachodnie demokracje, co to rzekomo popierały swobodę przemieszczania się, wymyślały. To też jest temat na oddzielny post, ale sposób traktowania Polaków w różnych ambasadach szczególnie w latacj 1989-90 był poniżej wszelkiej krytyki i w tym czasie to bez wizy można było sobie pojechać na Węgry, do Berlina Zachodniego (i to tylko dopóki istniał jako oddzielny byt prawny) i na Szpicbergen (bo tam na mocy traktatu międzynarodowego chyba z 1920 roku obywatele państw sygnatariuszy mogą wjeżdżać bez przeszkód, choć to terytorium Norwegii).

Poza tym była jeszcze Arktyka i Antarktyda do dyspozycji i chyba tyle. A przepraszam, jeszcze była Nikaragua, a w 1990 jako jeden z pierwszych krajów wizy dla Polaków zniosła Argentyna i zaraz potem Kostaryka. No i wszystkie byłe demoludy się otworzyły bo po upadku komuny polikwidowano zaproszenia i został ruch bezwizowy. Ale załatwianie wiz do tych najbardziej "cywilizowanych" krajów to był jeden wielki cyrk. Ale przy odrobinie szczęścia i odpowiednim podejściu dawało się i te przeszkody pokonać, o czym z pewnością napiszę w którymś z kolejnych odcinków niniejszego cyklu.

Żeby jeszcze system skomplikować na kwestie kontroli ruchu ludności nakładały się sprawy finansowe. Otóż żeby wyjechać to trzeba było mieć na to środki i to w obcej walucie, której nie można było sobie ot tak kupić.

Przy wyjazdach do demoludów obowiązywały tzw. książeczki walutowe - w ich ramach obywatel miał przydział pewnej kwoty w złotych raz na dwa lata w ramach której mógł za złote po państwowym kursie (niższym istotnie od czarnorynkowego) zakupić waluty obce krajów socjalistycznych. Każdą wymianę odnotowywano w takiej książeczce i na granicy stanowiła ona dokument uprawniający do wywozu legalnego waluty. Był to cenny dokument, bo jego zagubienie oznaczało utratę prawa do skorzystania z przyznanego limitu do końca okresu na który go przyznano. Fakt wydania książeczki walutowej odnotowywano w dowodzie osobistym, więc niektórzy gubili dowód i z nowym szli po nową książeczkę, dzięki czemu korzystali z podwójnego limitu. Teoretycznie była jakaś centralna ewidencja tych książeczek i za takie kombinacje groziły surowe kary, ale znam kilka przypadków w których taki numer przeszedł bez żadnych konsekwencji 😛

ks_walutowa1.jpg

ks_walutowa2.jpg

Żeby i to jeszcze bardziej skomplikować to do niektórych krajów zamiast gotówki dostawało się czeki podróżne, które dopiero na miejscu można było realizować. Jak ktoś nie wyjechał (nie było stosownego stempla celnego w książeczce walutowej) to miał obowiązek waluty państwu odsprzedać po takim kursie jak kupił. Jeśli tego nie zrobił to następnym razem nic już kupić w ramach limitu nie mógł. Czasami opłacało się więc wsiąść do pociągu, wysiąść zaraz za granicą i następnym wrócić żeby podbić sobie wyjazd i nie musieć oddawać waluty bo gotówkę można było opchnąć na czarnym rynku, ale czeków podróżnych już nie, stąd ich ówczesna "popularność".

Czeki były albo w walucie kraju docelowego, albo w złotych - te wymieniano na miejscu po oficjalnym kursie na walutę lokalną.

czekHUF.jpg

czeknbp.jpg

Kolejne "ułatwienie" to tzw. talony tranzytowe - kwitki które uprawniały na miejscu do wymiany pewnej kwoty w złotych na walutę lokalną po oficjalnym kursie. Dostawało się je na tranzyt przez demoludy (np. jadąc do Rumunii przez Czechosłowację i Węgry).

talon1.jpg

talon2.jpg

Czemu talony, a nie gotówka? Proste - gotówkę można było opylić na czarnym rynku, a niewykorzystany talon można było najwyżej oddać tam gdzie się go zakupiło. Pełna kontrola.

Realia były bowiem takie, że mniej więcej do 1989 roku złotówka była najbardziej gównianą walutą w Europie (choć nie mam danych na temat leka albańskiego) i nikt jej nie chciał brać po żadnym rozsądnym kursie. Z kolei takie ruble, lewy, leje, korony, forinty czy marki NRD były dosyć chętnie przyjmowane nawet i w innych krajach socjalistycznych. Wprawdzie w kantorach Wiednia i Berlina Zachodniego złotówki były kwotowane, ale kurs był tragicznie niski - znacznie niższy niż czarnorynkowy kurs w Polsce, więc taka wymiana była kompletnie nieopłacalna, ale czasami opłacało się tam złotówki kupić i je do Polski zaimportować.

A do tego w latach osiemdziesiątych bardzo często bywało tak, że przyznanej normy wymiany dewiz nie można było zrealizować bo w kasie nie było obcej waluty. Rozwiązaniem tego problemu były konta walutowe "S" czyli w walutach krajów socjalistycznych. Też miałem takie konto. Instrument znany tylko z PRL - pod koniec jego funkcjonowania oceniano, że 80% tych kont założono na podstawie fałszywych zaświadczeń o zagranicznych zarobkach, ale to temat na oddzielny post 😛

Z dodatkowych atrakcji były jeszcze opłaty wyjazdowe - każde przekroczenie granicy oznaczało konieczność wklejenia do paszportu znaczków opłaty paszportowej, która wynosiła 2000 złotych. Pod koniec jej obowiązywania w 1988 roku to nie było wiele, ale w w 1980 kiedy ja musiałem tyle wybulić w związku z wyjazdem do Austrii to było sporo pieniędzy - dla porównania: wtedy paczka fajek kosztowała koło 10-12 złotych, a bilet komunikacji miejskiej od 1 do 2 złotych.

Rozwiązaniem był patent znany już pod koniec XIX wieku w kręgach handlowych, gdzie często używano różnych znaków opłat stemplowych - wystarczyło natarcie takich znaczków suchym mydłem. Jak przy kasowaniu nie użyto nadmiaru tuszu, to taki stempel łatwo się potem zmywał i znaczki można było użyć ponownie co najmniej raz 😛 Za to był oczywiście kryminał z paragrafu o usuwaniu znaków umorzenia...

Podsumowując: w czasach PRL dało się podróżować, ale wymagało to wiele samozaparcia i kombinowania żeby ten chory system wydymać no i trzeba było pilnować na koniec pliku dokumentów, bo to i paszport, i książeczka walutowa, i talony, i czeki, i jeszcze zaświadczenia na wywóz dewiz pobranych z własnego konta, deklaracje celne składane przy wyjeździe i wjeździe, a jak się jechało samochodem to jeszcze dochodziła zielona karta i książeczka Międzynarodowej Pomocy Samochodowej, a i międzynarodowa legitymacja studencka się przydawała i kilka innych kwitów... 😛

To chyba tyle tytułem rysu historycznego...

Mam nadzieję, że nie zanudziłem 🙂

W kolejnym odcinku zamierzam napisać coś o wyjazdach do demoludów i turystyce handlowej...


Skany dokumentów pochodzą z własnego archiwum i materiałów, które swego czasu zgromadziłem pisząc artykuł na podobny temat

Polecam także dwa poprzednie odcinki z tego cyklu:

KOMENTARZE

  • suchy

    Jak zawsze mega ciekawe :) jak się chciało to wszystko można było, teraz jest łatwiej ale jak przeglądam internet i tysiące pytań o to jak się ubrać jadąc gdzieś tam, czy co wziąć ze sobą to zastanawiam się jak ci ludzie by sobie wtedy poradzili.

  • andzi76

    Fajne, czekam na kolejne. Zajebiste te czeki i talony były.

  • grecki-bazar-ewy

    Bardzo mnie cieszy ta Twoja nowa seria :)
    Jest ciekawie jak to zawsze u Ciebie a i moje dawne wspomnienia podróżnicze powróciły ;)

  • hallmann

    Mam nadzieję, że nie zanudziłem

    Obecnie artykuły z tej serii są dla mnie na miejscu numer jeden wpisów steemitowych. Pobić mogłaby je chyba tylko jakaś seria o Łotwie :P

  • gradzio

    Super opisana historia paszportowa. Fajne te foty !!!
    Ja muszę się w końcu zebrać za te fotografie oryginalne z Montecasino i II Korpusu, bo jest ich trochę po dziadku.

  • minnowsupport

    <p>Congratulations! This post has been upvoted from the communal account, @minnowsupport, by pibyk from the Minnow Support Project. It's a witness project run by aggroed, ausbitbank, teamsteem, theprophet0, someguy123, neoxian, followbtcnews, and netuoso. The goal is to help Steemit grow by supporting Minnows. Please find us at the <a href="https://discord.gg/HYj4yvw"> Peace, Abundance, and Liberty Network (PALnet) Discord Channel</a>. It's a completely public and open space to all members of the Steemit community who voluntarily choose to be there.</p> <p>If you would like to delegate to the Minnow Support Project you can do so by clicking on the following links: <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=102530.639667%20VESTS">50SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=205303.639667%20VESTS">100SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=514303.639667%20VESTS">250SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=1025303.639667%20VESTS">500SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=2053030.639667%20VESTS">1000SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=10253030.639667%20VESTS">5000SP</a>. <br><strong>Be sure to leave at least 50SP undelegated on your account.</strong></p>

  • tipu

    This post is supported by @tipU upvote :)<br><strong><a href="https://steemit.com/steem/@tipu/tipu-voting-service-quick-guide-updated-31-07-2018-checking-voting-status" rel="noopener">@tipU voting service guide</a></strong> | <strong><a href="https://steemit.com/steemit/@tipu/receiving-daily-profit-with-tipu-quick-guide" rel="noopener">For investors</a></strong>.

  • saunter

    Mega, jak zawsze. Po tych wszystkich papierologiach to nie dziwota, że jak się wjeżdżało do innego kraju to "kolor trawy jakby bardziej zieleńszy, tuż po przekroczeniu granicy" jak to mawiał mój nauczyciel WOSu z liceum.