BLOGCZEJNalpha

Podróże z PRL-owskim paszportem (III) - czyli demoludy i handel zagraniczny 🤣

Podróże z PRL-owskim paszportem (III) - czyli demoludy i handel zagraniczny

W poprzednim odcinku tytułem wstępu omówiłem między innymi politykę wyjazdową PRL i kwestie ekonomiczne z nią związane, które tutaj nieco rozwinę.

wkladka.jpg

Ale zacznijmy od początku...

Mój pierwszy wyjazd za granicę to krótki wypad do NRD gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych. Jednodniowa wycieczka w okresie względnego dobrobytu, kiedy to granice krajów ościennych (z wyjątkiem ZSRR) można było przekraczać na podstawie dowodu osobistego z odpowiednim wpisem. W tym okresie można też było bez większych problemów legalnie wymienić pewne kwoty w złotych na marki NRD, a z wyjazdu pamiętam tylko to, że w NRD można było bez problemu kupić żelki-miśki, których w Polsce nie było, zatem z tego wyjazdu wróciłem do domu ze sporą torbą wypakowaną owymi żelkami, a moi rodzice wykorzystali wyjazd do zaopatrzenia się z drobne artykuły AGD, których wybór i jakość w NRD były zdecydowanie lepsze niż w Polsce.

Ten pierwszy wyjazd był chyba jedynym w trakcie którego nie uskuteczniałem żadnego handlu 😛

Drugi wyjazd to kolonie w Czechosłowacji - ot nic szczególnego, wyjazd zorganizowany przez jeden z zakładów pracy dla dzieci pracowników. Ośrodek mieścił się gdzieś w okolicach Jablonca, a że byłem już nieco bardziej świadomy istniejących realiów to dostałem przed wyjazdem instrukcje dotyczące zakupu tego i owego, a w szczególności sztucznej biżuterii produkowanej właśnie w Jabloncu. Zaopatrzono mnie też w pewne dodatkowe fundusze ponad to, co przysługiwało mi z legalnej wymiany, a z własnej inicjatywy zabrałem ze sobą spory zapas różnych dupereli, w szczególności breloczków (tzw. reklamówek jakie ojciec znosił do domu) ze scyzorykami i otwieraczami do kapsli...

To okazało się strzałem w dziesiątkę bo wszystko opchnąłem czeskim kolegom w ciągu pierwszych 2 dni, dzięki czemu stałem się dosyć zasobny w miejscową gotówkę:

image.png

którą przy okazji wycieczki do Jablonca w miejscowym sklepie firmowym Jablonexu zamieniłem na ponad 40 naszyjników z opalizujących szklanych koralików. Te z kolei po powrocie do Polski trafiły do znajomego, który wyjeżdżał na kontrakt do Angoli i tam zostały zamienione w wyniku szeregu transakcji na dosyć pokaźny jak na polskie realia plik zielonych banknotów...

Normalnie taka ilość towaru została by na granicy zakwestionowana, no ale młodzieży powracającej z kolonii nikt szczegółowo nie kontrolował. Niemniej formalnie naruszyłem zarówno przepisy dewizowe jak i celne - ale przyznam, że kompletnie się tej aspołecznej postawy wobec socjalistycznej ojczyzny nie wstydzę 😛

Trzeba bowiem wspomnieć, że choć granice do demoludów w latach siedemdziesiątych były dla Polaków szeroko otwarte, to jednak kontrole celne były bardzo szczegółowe i dotyczyły zarówno wywozu jak i wwozu wszelakich towarów. I tak wyjeżdżając z Polski należało wpisać do deklaracji wywozowej różne cenniejsze przedmioty, a ich przywóz sprawdzano przy powrocie. Podobnie ościenne kraje nie były zainteresowane tym, żeby Polacy drenowali ich rynek, stąd też wyjeżdżając z NRD czy Czechosłowacji należało się spodziewać często bardzo szczegółowych kontroli.

Do tego bywało, że słysząc język polski ekspedientki odmawiały sprzedaży niektórych towarów. Spotkałem się z tym w NRD i Czechosłowacji. Ale i na to była metoda bo i jedni i drudzy mieli sporą populację sowieckich żołnierzy i generalnie panicznie się Ruskich bali. Wystarczyło więc gadać po rusku i problem z nieuprzejmą obsługą znikał jak kamfora, a że swego czasu operowałem tym językiem bardzo sprawnie to mnie tego typu problem nigdy nie dotknął.

Wszystkie gospodarki demoludów były centralnie sterowane, a relacje cenowe wynikały raczej z decyzji politycznych a nie gry rynkowej. Do tego dochodziła niewymienialność walut i ich sztuczne kursy urzędowe często nijak mające się do gospodarczych realiów. Stąd we wszystkich demoludach istniał czarny rynek walutowy gdzie kursy walut obcych były zdecydowanie wyższe niż te oficjalne bo kształtował je wyłącznie popyt i podaż plus premia za ryzyko związane z prowadzeniem nielegalnych transakcji. Tyle tylko, że czarny rynek walutowy w demoludach kręcił się wokół walut zachodnich, głównie dolarów i marek, a walutami demoludów nikt nie handlował bo poza złotówkami pozostałe w praktyce były jakoś tam wobec siebie wymienialne i mając w ręku np. forinty można je było bez większego problemu wymienić w Rumunii na leje, w Bułgarii na lewy etc. Nawet jak w Rumunii za leje można było kupić tylko marchewkę z groszkiem i fajki tak śmierdzące, że muchy od dymu zdychały to i tak leje wymieniali w Bułgarii bez problemu na lewy. Tylko tych parszywych złotówek nikt, ale to nikt nie chciał brać, więc i dostęp Polaków do walut innych "zaprzyjaźnionych" państw był mocno ograniczony. Musieliśmy sobie zatem inaczej radzić.

A skoro nie można było wyjechać z dostateczną ilością legalnie zakupionej gotówki to wożono towary, które na lokalnym rynku sprzedawano robiąc konkurencję tzw. handlowi uspołecznionemu.

I dlatego np. Polacy jadący do NRD zazwyczaj zakładali na nogi stare i dziurawe buty, które potem wyrzucali i wracali w butach firmy Salamander (produkcji NRD, ale przeznaczonej głównie na eksport do Niemiec Zachodnich). Masowo kupowano też sprzęt turystyczny, drobne AGD, przyprawy typu pieprz czy wiórki kokosowe, a także odzież dla dzieci, która tam była bardzo tania ze względu na dotacje. Z innych hitów warto wymienić termosy, filmy ORWO oraz sprzęt optyczny.

W drugą stronę wożono z kolei wyroby których tam nie produkowano: polskim przebojem eksportowym do NRD były okulary-lustrzanki i ołówki do brwi (w Polsce produkowane rzemieślniczo przez małe zakłady, w NRD w zasadzie niedostępne).

A zarobki na takim handlu były niezłe - zazwyczaj "przebicie" dwu- lub trzy- krotne nie było niczym nadzwyczajnym. Sam swego czasy wywiozłem do NRD 1000 sztuk ołówków do brwi kupionych w Polsce po niecałe 2 złote, które w NRD poszły po 1 marce wartej wtedy oficjalnie prawie 10 złotych, a na "lewo" 14-15.

Towar sprzedawało się zazwyczaj na bazarach. Każda stolica miała takie miejsce gdzie często były też nawet polskie "kwartały:

Untitled 1.jpg

ale np. w NRD nigdy nie musiałem z niczym po bazarach latać bo miałem tam znajomych i moje ołówki poszły w jeden dzień bo znajoma pracująca w dużej fabryce z prawie w 100% żeńską załogą opchnęła to (jak sama mi potem powiedziała) w trakcie przerwy obiadowej i jeszcze na tym interesie zarobiła ponad 100 marek (przy jej miesięcznej pensji niecałe 800), a mnie zostało w ręku 10 niebieskich Marxów:

image.png

Jednak prawdziwym hitem było srebro - NRD miało wysoko rozwinięty przemysł produkujący materiały fotograficzne, klisze, papiery, klisze rentgenowskie etc. Robili je dla całych demoludów, a do produkcji potrzebowali srebra, którego sami nie mieli. Musieli więc je kupować albo za twardą walutę po cenach światowych albo pozyskiwać z rynku wewnętrznego - stąd sieć skupów była dobrze rozwinięta i ceny jakie płacono były znacznie wyższe niż cena na wolnym rynku w Polsce stąd przemyt srebra w dowolnej postaci był wysoce opłacalny, choć także ryzykowny bo polscy celnicy byli na to szczególnie uczuleni i można było za taki eksport nielicencjonowany dostać wysoką grzywnę, a nawet odsiadkę.

Rynku w Czechosłowacji nigdy dobrze nie rozpoznałem bo zwyczajnie nie miałem wielu okazji żeby tam bywać, ale raz będąc w Cieszynie znajomy zaproponował mi, żebym następnego dnia pojechał z nim do Bohumina. W dniu wyjazdu mieliśmy się spotkać pod lokalną kwiaciarnią - i okazało się, że miejsce nie było przypadkowe bo kolega najpierw poszedł ze mną do kwiaciarni gdzie zakupiliśmy dwa olbrzymie bukiety i dopiero z kwiatami poszliśmy do autobusu. Jak wsiadłem to zobaczyłem, że każdy z pasażerów ma podobną wiąchę. Po co? Oczywiście na handel. Nie wiem dlaczego, ale wtedy w Czechach prawie nie było kwiaciarni i kwiaty cięte były zarówno drogie jak i trudno dostepne. A po dojechaniu do Bohumina okazało się, że czekał już na nas odbiorca owych wiązanek - za każdą wypłacał po 200 koron (koszt zakupu u nas to niecałe 50) - niezłe kieszonkowe z tego wyszło 😛

Handlowano prawie wszystkim choć każdy kraj miał swoją specyfikę. Wdzięcznym rynkiem był ZSRR bo tam można było sprzedać prawie wszystko - odzież, kosmetyki, papierosy lepszych marek, jeansy (nawet opłacało się je kupić w Polsce za dolary). I tak para jeansów w Pewexie kosztowała od $15-20 a można było za nie dostać w Sojuzie trzy takie banknoty z Leninem, a nawet nieco więcej:

image.png

a ich średnia pensja wynosiła wtedy niecałe 100 rubli. To były naprawdę spore pieniądze.

Problem polegał na tym, że żeby do ZSRR wjechać to trzeba było mieć albo zaproszenie, albo jechać z wycieczką, a za zarobione ruble nie zawsze można było coś atrakcyjnego kupić. Najbardziej opłacało się kupować złotą biżuterię i brylanty, ale trudno je było dostać. Na drugim miejscu były waluty obce (oficjalnie dolar był wart 0.90 rubla, ale na czarnym rynku trzeba było za niego dać ponad 3 ruble), ale ZSRR to nie Polska i handel walutą wiązał się z dużym ryzykiem. Niezły zarobek był na aparatach fotograficznych marki Zenit. Poza tym mieli naprawdę duży wybór bardzo tanich narzędzi i wierteł widiowych (do wiercenia w betonie, solidny standard radziecki gniotsa-niełamiotsa) które można było sprzedać w sąsiednim kraju za niezłe pieniądze. I narzędzia były najlepszą opcją handlową w tranzycie przez ZSRR.

Do Bułgarii wożono kapy, radiomagnetofony robione w Polsce na licencji Grundiga, turystyczne butle gazowe, krem Nivea, papierosy Kent (kupowane za dolary w Polsce). W drugą stronę jechały kożuchy, olejek różany i głównie waluta obca. Dolar na "lewo" kosztował 3 lewa, podczas gdy oficjalnie płacono w banku za niego tylko 0,90 lewa

image.png

Podobnie było z Rumunią, choć tam po 1980 roku można było sprzedać dosłownie wszystko bo na rynku lokalnym nie było nic do kupienia. No prawie nic bo jednak coś było dostępne - chińskie bawełniane t-shirty i chińskie trampki, których w innych demoludach nie było, bo jedynie Rumuni mieli dobre relacje z Chinami. Zatem nawet w kraju w którym ludzie prawie że żarli trawę też można było coś kupić co opłacało się wyeksportować. Dużym wzięciem w Rumunii cieszyły się prezerwatywy (w Rumunii niedostępne ze względu na bandycką politykę prokreacyjną tego popaprańca Ceausescu) oraz Biseptol rzekomo używany w Rumunii jako środek antykoncepcyjny, choć jak zapytałem się znajomego lekarza jak to niby miało działać to powiedział mi że widzi tylko jeden możliwy mechanizm - otóż kobieta bierze taką tabletkę, wkłada pomiędzy kolana i dopóki nie puści to działa 😛

Z Biseptolem był prosty biznes - jak tylko pociąg z Warszawy zatrzymywał się na jakiejś stacji to podchodziły do okien Rumunki i pytały się o tenże Biseptol.

Do Rumunii mam przy tym szczególny sentyment bo tam pierwszy raz (mając niecałe 14 lat) rozwinąłem swoje handlowe talenta, a stało się to kompletnie przypadkowo...

image.png

Jechaliśmy do Rumunii na wczasy. Moi rodzice i ja oraz ciotka z mężem i synem. W dwa samochody. Oczywiście samochody załadowane towarem, kremem Nivea, fajkami Kent, był i jakiś Grundig i jeszcze parę drobiazgów. Ciotka miała z resztą tego więcej bo (jak wszyscy uważali) miała największą w rodzinie smykałkę do handlu. Tranzyt przez ZSRR minął szybko, wjechaliśmy do Rumunii i zrobiliśmy sobie postój. Zacząłem oglądać mapy i wyszło mi, że jak się z głównej drogi zjedzie w lewo to gdzieś za 10-12 km powinna być spora rzeka, a że było gorąco to namówiłem ojca, żeby zboczyć z trasy, podjechać nad rzekę i się wykąpać.

Ciotka stwierdziła, że nie chce zbaczać z drogi więc umówiliśmy się, że spotkamy się na miejscu w hotelu w Mangalii. Oni pojechali prosto, a my w lewo. Niestety po jakichś 5-6 kilometrach w sporej wsi asfalt się skończył i ojciec stwierdził, że dalej jechać się boi bo są straszne wertepy. Ok. Trudno. Ale zatrzymaliśmy się przy drodze, żeby się napić. Jakoś tak przy czyimś płocie. A za płotem stało drzewo na którym wisiały dorodne śliwki - ojcu się śliwek zachciało więc kazał mi iść do gospodarza i zapytać czy by śliwek nie sprzedał. Wziąłem w garść dwa zmiętolone banknoty po 10 lei, idę do gospodarza, na migi wyjaśniam mu, że chcę kupić śliwki. A ten mi przynosi całą miskę śliwek i pieniędzy nie chce. To wracam z tymi śliwkami, a stary mówi, żebym poszedł i dał gospodarzowi paczkę fajek jak kasy nie chce. No to wziąłem fajki i poszedłem mu dać. ten fajki wziął i pokazuje mi, że jeszcze by chciał, i że zapłaci. Ile? Tyle a tyle (kwoty nie pamiętam dokładnie, ale było to 50% więcej niż to co można było normalnie dostać za zagraniczne fajki w Rumunii).

No to ok, przyniosłem karton, zapłacił i chce więcej. Ile? Ile masz? No cztery mam. To dawaj cztery. Biorę. No to ja myk po resztę fajek.

Za chwilę wyszła żona gospodarza i pokazuje że ona też by coś kupiła. No dobra, to ja otwieram bagażnik i pokazuję: krem Nivea, to tamto siamto owamto. Za chwilę druga babka przyszła, potem trzecia, potem czwarta...

... i po mniej więcej 30 minutach cały towar handlowy się sprzedał, a ja zostałem ze sporym plikiem banknotów w ręku, głównie setek:

image.png

w Rumunii był to wtedy najwyższy nominał, a i tak uzbierałem ich sporo 😃

Nawet jakieś swoje łachy sprzedałem, ale jak zacząłem opychać garderobę mojej matki to ta się w końcu wkurzyła i mnie pogoniła, choć i tak jedną garsonkę i jakieś sukienki zhandlowałem. Tak naprawdę to by tam wszystko na tej wsi poszło. Skończyło się na tym, że jeszcze nas obiadem poczęstowali, a jak podliczyłem utarg to miałem prawie 300 dolarów w lejach co w tamtych czasach było małą fortuną.

Do Mangalii dojechaliśmy wieczorem i to późnym. Ciotka na drugi dzień rano poszła handlować, ale że miejscowość turystyczna, to i podaż duża, a ceny takie sobie, więc sprzedała tylko część towaru i to ze ze średnim zyskiem. Wróciła w nieszczególnym humorze, i pyta moich starych:

A Wy czemu na bazarze nie byliście?

A bo już nic nie mamy. Wszystko nasz synek we wsi koło rzeki opchnął 😛

Spojrzała na mnie dziwnie i mówi: Jak to? On? A za ile?

No tyle za to, tyle za tamto...

O ku....wa. A ja za Nivea to tylko tyle dostałam, a za fajki to tyle.... 😱

Do końca wakacji nie mogła odżałować, że nie pojechała wtedy z nami na tą wioskę. A ja do dzisiaj pamiętam sporo rumuńskich liczebników, które wtedy w przyśpieszony sposób sobie na trwałe przyswoiłem 😂

image.png

Węgry były z kolei dosyć specyficznym rynkiem - sklepy były tam zaopatrzone chyba najlepiej w całym socjalistycznym obozie, ale za to wszystko było relatywnie drogie. Stąd bez problemu można było sprzedać np. pościel, obrusy, ręczniki, narzędzia i różne inne duperele. Kiedyś z kumplem z liceum polecieliśmy do Budapesztu samolotem (były jakieś tanie weekendowe wycieczki). Lecąc tam mieliśmy wyczerpany limit bagażu (20 kg na głowę), a wracaliśmy bez żadnego bagażu bo ja opyliłem nawet torbę, a on plecak, a za zarobione forinty kupiliśmy walutę.

image.png

Bo z Węgier woziło się do Polski głównie walutę (kupowaną zazwyczaj od polskich cinkciarzy operujących w okolicach budapeszteńskiego dworca Keleti) i czasami towary zachodnie typu adidasy, kosmetyki etc. które w Polsce były niedostępne. Ale hitem były flaki do robienia kiełbas - w Polsce prywatne masarstwo w dobie kryzysu lat osiemdziesiątych kwitło, ale flaki były towarem mocno deficytowym. Świeże miały poważną wadę bo śmierdziały, ale suszone nie sprawiały żadnych problemów eksporterom. Przez kilka lat można też było zrobić niezłe pieniądze na węgierskim preparacie, po którym rzekomo włosy miały odrastać. Nazywał się Banfi Hajszesz. Nie mam pojęcia czy to działało, ale w Polsce ludzie za to spore pieniądze płacili. Marka jest z resztą do dzisiaj na rynku obecna.

image.png

Z powodu tego handlu na granicach działy się czasami dantejskie sceny, rewizje osobiste nie były rzadkością podobnie jak rozkręcanie samochodów na części.

Wieść gminna niesie, że jeden z Polaków pojechał starym, mocno zdezelowanym fiatem 125P do Lwowa, obszedł wszystkie bazary i sklepy jubilerskie czego miejscowa milicja nie omieszkała zauważyć, a następnie pojechał z powrotem do Polski. Na granicy jego samochód rozkręcono dosłownie na części, ale nic nie znaleziono bo on nic nie miał - ponieważ zaś po "badaniu" samochodu skręcić się nie dało to w efekcie tytułem odszkodowania dostał nową Ładę. Brzmi jak miejska legenda, ale ta historia ma bardzo dużo cech prawdopodobieństwa.

Historia druga tym razem na 100% autentyczna - do autobusu wracającego z wycieczki do ZSRR wsiadają sowieccy celnicy. Jedna z "turystek" wstaje, podchodzi do nich i mówi im że ta i tamta (pokazując palcem na dwie inne kobiety) to kupiły po złotym pierścionku. Oczywiście wskazane babki wzięto na rewizję, a że miały biżuterię (po jednym pierścionku) to im ją skonfiskowano. Jak tylko autobus granicę przejechał, na pierwszy postoju "donosicielka" podchodzi do poszkodowanych i mówi im, że je bardzo przeprasza, ale nie miała innego wyjścia. I wyjmuje z torby spore pudełko po czekoladkach, otwiera je, a tam kilkadziesiąt sztuk różnych precjozów. I mówi - niech panie sobie po dwa wezmą w ramach odszkodowania.

Historia trzecia - pociąg Warszawa - Bukareszt. Granica węgiersko-rumuńska, którą się przekraczało o 2 w nocy. Doświadczony podróżnik podpowiedział mi, żebym na stoliku w przedziale sypialnym zostawił krem Nivea, paczkę Marlboro i kilka prezerwatyw oraz paszporty. I faktycznie, nikt nas nawet nie budził, prezenty zniknęły, ale paszporty były podbite. W przedziale obok podróżni nie zostawili suwenirów więc celnicy nie dosyć, że ich pobudzili to jeszcze im zrobili kipisz...

Były nawet opracowane całe handlowe trasy - i tak na przykład jechało się do Rumunii, ale tranzytem przez ZSRR i Węgry. W ZSRR we Lwowie za ruble z wymiany tranzytowej kupowało się widiowe wiertła, te szły na Węgry gdzie po sprzedaży wierteł kupowało się gumy do żucia w kształcie kolorowych kulek. Te z kolei sprzedawało się w Rumunii i za leje kupowało się chińskie bawełniane t-shirty które wracały do Polski i lądowały na bazarach. Na takiej trasie można było kapitał pomnożyć nawet 7-8 razy.

Albo taki wariant "kombinatoryki turystycznej" wynikający z durnej polityki dewizowej - otóż na początku 1980 roku jak Ceaucescu wymyślił sobie, że spłaci do zera cały zagraniczny dług Rumunii (co w efekcie doprowadziło ich gospodarkę do ruiny) to zaczął stawiać na turystów wyłącznie z Zachodu. Efekt był taki, że w Polsce rumuńskich lei nie sposób było kupić, bo polscy turyści byli dla Słoneczka Narodu najmniej dochodowi więc NBP lei nie dostawał. Co zatem robił polski turysta? Otóż brał cały limit dostępnej wymiany w bułgarskich lewach, jechał do Bułgarii na góra jeden, dwa dni tylko po to, żeby zamienić otrzymane czeki podróżne (w poprzednim odcinku pisałem o nich i o tym dlaczego dostawało się je zamiast gotówki) na bułgarskie lewy, następnie już z lewami w gotówce wracał do Rumunii, gdzie akurat lewy można było bez problemu wymienić na leje. Po co ta kombinacja? Proste - pobyt w Rumunii był znacznie tańszy niż w Bułgarii 😛

Oczywiście władze jak mogły tak z tym procederem walczyły ale nie dały rady - nie zapomnę komentarza bułgarskiego celnika, który po wejściu do 8-osobowego przedziału w którym siedzieliśmy we czwórkę, a resztę miejsca zajmował poupychany wszędzie bagaż, z filozoficznym spokojem stwierdził "na świecie są dwie rzeczy niezwyciężone - Armia Czerwona i polscy turyści".

Obok ograniczeń dewizowo-walutowych i wszelakich "ułatwień" komplikujących rozliczenia wzajemne, kolejnym sposobem walki z takim handlem był rozbudowany system deklaracji celnych wy- i w- wozowych.

Zasada była taka, że to co wjechało to powinno wyjechać - nic więcej, ani też mniej. Ale co miał zrobić biedny polski turysta, który zapragnął zakupić w ZSRR mały turystyczny telewizor? A były takie fajne radzieckie Elektroniki - niestety w Polsce niedostępne.

I tutaj na pomoc przychodził nam taki oto druczek, znany jako deklaracja celno-dewizowa:

image.png

Otóż wpisywało się tam wywóz waluty obcej w kwocie 1 bułgarskiego Lewa:

-1- LEW_________(słownie: jeden)

uwaga: zachowanie odpowiedniego odstępu jest kluczowe, a podkreślenie dolne symuluje odstęp

a wracając

uwaga! należało pamiętać o zachowaniu tego samego długopisu!!!

robiło się tak:

-1- TELEWIZOR (słownie: jeden)

no cóż, wywiózł z Polski telewizor, przywiózł telewizor, obywatel praworządny że mucha nie siada. A to nie jedyny taki patent, tyle że trudno by mi było pozostałe za-symulować bo były pomyślane pod pismo ręczne 🙂

Dodam, że długopisy, które można było wymazywać specjalną gumką były w takich przypadkach nieocenione.

image.png

Plusem takiego sposobu organizowania turystyki było to, że można było połączyć przyjemne z pożytecznym. Oczywiście dla wielu osób taki handel to był po prostu sposób zarabiania na życie, ale dla mnie była to metoda finansowania podróży. Mogłem sobie zwiedzić przynajmniej kraje ościenne, a jednocześnie było to zwiedzanie bez-kosztowe, jako że każda taka wyprawa kończyła się mniej lub bardziej istotną nadwyżką budżetową, którą skrzętnie chomikowałem licząc na to, że z czasem uda mi się pojechać gdzieś dalej. I tak też się stało o czym już trochę wcześniej pisałem i jeszcze napiszę 😛

CDN...

Poprzednie artykuły z tego cyklu:

KOMENTARZE

  • santarius

    A tag #polish? :P

  • hallmann

    wyprawa kończyła się mniej lub bardziej istotną nadwyżką budżetową, którą skrzętnie chomikowałem

    Coś czuję, że ten cykl skończy się gdzieś po 2009 roku zakupem bitkojna.

  • wadera

    historia - rewelacja :)
    Biseptol mnie rozwalił :D :D

  • steemhq

    YOU JUST GOT UPVOTED

    Congratulations,
    you just received a 19.33% upvote from @steemhq - Community Bot!

    Wanna join and receive free upvotes yourself?
    Vote for steemhq.witness on Steemit or directly on SteemConnect and join the Community Witness.

    This service was brought to you by SteemHQ.com

  • minnowsupport

    <p>Congratulations! This post has been upvoted from the communal account, @minnowsupport, by pibyk from the Minnow Support Project. It's a witness project run by aggroed, ausbitbank, teamsteem, theprophet0, someguy123, neoxian, followbtcnews, and netuoso. The goal is to help Steemit grow by supporting Minnows. Please find us at the <a href="https://discord.gg/HYj4yvw"> Peace, Abundance, and Liberty Network (PALnet) Discord Channel</a>. It's a completely public and open space to all members of the Steemit community who voluntarily choose to be there.</p> <p>If you would like to delegate to the Minnow Support Project you can do so by clicking on the following links: <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=102530.639667%20VESTS">50SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=205303.639667%20VESTS">100SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=514303.639667%20VESTS">250SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=1025303.639667%20VESTS">500SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=2053030.639667%20VESTS">1000SP</a>, <a href="https://v2.steemconnect.com/sign/delegateVestingShares?delegator=&delegatee=minnowsupport&vesting_shares=10253030.639667%20VESTS">5000SP</a>. <br><strong>Be sure to leave at least 50SP undelegated on your account.</strong></p>

  • suchy

    To jest czasem tak absurdalne, że aż musi być prawdziwe :) mega historie, jak już pisałem wcześniej, przy piwku bym sobie pogadal z Tobą :)

  • foodini

    Podziwiam i szanuję za kreatywność.
    Prawdziwa przyjemność czytać opowiadania zaradnego człowieka z czasów, które takiej zaradności wymagały. No a teLEWizor to w ogóle mistrzostwo. 😀
    Sam mam żyłkę handlowca, więc Twój cykl to dla mnie najciekawsze cos znalazłem do tej pory na pl-podroze. Nie mogę się doczekać kolejnych części.

    Ps
    Jestem teraz w Azji (aktualnie Malezja), zdarzało Ci się handlować czymś w tych rejonach? Może jakieś historie z Chin się szykują? Chętnie bym poczytał. 😉