BLOGCZEJNalpha

Wspomnienia kucharza #2 Zostały tylko zgliszcza.

20180517_113319_0001.png

Wypada zacząć od przedstawienia sylwetki głowy całego interesu, alfy i omegi - mężczyzny o groźnym pseudonimie "szerszeń".
Szorstki głos, niebieskie oczy, ciosana twarz zadbanego 40-latka niestroniącego od wizyt w solarium i drobna blizna pod okiem - tak można by właśnie przedstawić skrócony rysopis mojego szefa.
Był to człowiek ewidentnie powiązany z podziemnym, podejrzanym światem, emanował cwaniactwem i chłodem, zachowując jednak przy tym mnóstwo elegancji i powierzchownej kultury osobistej.
Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest naprawdę majętny.
Posiadał najnowszą Audi A6 (codziennie polerowaną woskiem i potem Pana Krzyśka), był zawsze dobrze ubrany (jeans, laczki, dobrze skrojona marynarka, nie do końca subtelna, złota biżuteria) i posiadał własny lokal w naprawdę dobrej okolicy - przypadek? Nie sądzę.

Teraz powinien nadejść czas na kucharzy i kelnerów, przynajmniej z nazwy..

Na imię miał Paweł, a liczba jego 150 kg. Wyglądał z grubsza jak ludzik michelin!
Tak, Paweł to był niezły sku**iel - zawsze panoszył się na kuchni, pomiatał mną i krzyczał na wszystkich bez większego powodu.
Był żywym przykładem tego jak nie traktować młodych chłopaków (i chwała mu za to sprzężenie zwrotne), rozpoczynających właśnie swoją przygodę z gotowaniem.
Traktował mnie jak trędowatego, praktycznie nie odpowiadał na żadne moje pytania (np. o jakieś techniki przyrządzania dań, informacje o danym produkcie), na jego zmianie panowała wręcz zimna wojna, a ja byłem agentem KGB pod przykrywką chcącego zarobić parę groszy chłopaka z aspiracjami na przyszłość w tym zawodzie.
Wszystko zachowywał dla siebie, czasem potrafił się odwrócić do mnie plecami, abym przypadkiem nie wydał jego "sekretów mistrza" obcemu wywiadowi.

Było z nim bardzo ciężko! Był cholerykiem z zaawansowanym wypaleniem zawodowym, ale przede wszystkim był szefem kuchni w tej restauracji!

Niestety nie zapamiętałem zbyt dobrze reszty "towarzyszy", może powodem takiego stanu rzeczy jest to, iż nie byli oni tak naprawdę warci zapamiętania i niczym się nie wyróżniali jako potencjalne, kuchenne wzory.
Może upłynęło już zbyt wiele czasu i jak to zazwyczaj bywa, mniej istotne doświadczenia i osoby przepadły w otchłani mej pamięci (choć na szczęście część z nich została - ku przestrodze)?
Możliwe też, że wyparłem traumatyczne na swój sposób przeżycia i poszedłem dalej, drogą prowadzącą mnie w kierunku "gastronomii obiecanej"?

Prawda jest bowiem taka, że musiałem się mocno natrudzić, aby nie skończyć jak bohaterowie filmu "oszukać przeznaczenie" z tym wyjątkiem, że zamiast czającej się w każdym zakamarku śmierci chciały mnie dorwać ideały i postawy kilku dawno już pogodzonych z losem skazańca kucharzy.

Powiem Wam zatem czego, dowiedziałem się od tamtejszej ekipy umysłowych "prison brake-ów" podczas niecałych dwóch miesięcy mojego pobytu w tym przybytku.

Dowiedziałem się, że kelnerzy to zło w najczystszej postaci, prawdziwi adwokaci diabła, belzebuba - którym był klient, bezczelnie żądający jedzenia.
Ponadto odkryłem, że kelner jest zawsze na łasce kucharza, jest podgatunkiem człowieka, zależnym od panów feudalnych na wydawce.

Dowiedziałem się o zasadzie 5-ciu sekund (jeśli coś spada na podłogę i przebywa na niej do 5 sekund, to zarazki i bakterie nie zdążą się rozprzestrzenić - nawet jeśli przez przypadek przy panierujesz to podeszwą buta).

Dowiedziałem się co oznaczają zwroty "to się ślizga" lub "jest przestrzelone".
Są to pojęcia kompatybilne, oznaczające, że to co powinno być już dawno w koszu, podlega krótkiej konsternacji, a następnie jest niesione przez uśmiechniętego kelnera na stolik, gdzie czeka jeszcze bardziej uśmiechnięty klient.

Czy czegoś się nauczyłem? Owszem:

Mycia przypalonych garnków z rozciętą jedną dłonią od rozbitej szampanówki (wsadzonej do wiadra na brudne sztućce, przykrytego wodą z pianą).

Przygotowywania obiadów dla zniesmaczonych moim ówczesnym gotowaniem kuchennych kustoszy, wylegujących się w tym czasie na zasłużonym papierosie.

Nauczyłem się przyrządzania prostych dań garmażeryjnych, "spodów" pod sałatki i liznąłem podstawy oldschool-owej kuchni.

Przede wszystkim jednak nauczyłem się bardzo ciężko pracować, poznałem również, jak ciężki jest pieniądz i jak wygląda życie na kuchni.

Mimo tego wszystkiego nie mogłem być gotów na ostatnią podróż z Panem Krzyśkiem, na naszą małą Casablancę..

Czasami w drodze do pracy spotykałem w autobusie Pana Krzyśka i jechaliśmy razem ku wschodzącemu słońcu i wyzwaniom dnia dzisiejszego (wysłuchiwałem wtedy, niczym ksiądz w konfesjonale gorzkich żali Krzysia, a czasem nawet i subtelnych zwierzeń) - było sztywno i dziko, lecz jednocześnie dosyć miło i raźno.

Ten dzień był jednak inny..

Dobiegałem do autobusu, który praktycznie już odjeżdżał i z kocią gracją wskoczyłem do środka przez nie ubłagalnie zamykające się wrota.
Kiedy ochłonąłem, dostrzegłem stojącego przy drzwiach Pana Krzyśka, na jego kiwającej z podziwem twarzy malował się uśmiech, jednak momentalnie zaczął on ustępować, a mój towarzysz podróży mocno posmutniał i spuścił nos na kwintę.
Odbyliśmy wtedy krótką, ale jakże przejmującą i enigmatyczną rozmowę, którą rozpoczął Krzysztof:

  • Nie musisz jechać do pracy.
  • Dlaczego?
  • No nie musisz, nie ma już kur**a roboty. Zamknięta restauracja! - Odpowiedział zdenerwowany.
  • Ale co się stało Panie Krzyśku? - dopytywałem, niedowierzając do końca w to, co mówi.
  • Nic się nie stało, mówię Ci, że nie masz po co jechać do pracy. Wracaj do domu.
  • Dobrze. Do widzenia! - Odpowiedziałem wychodząc z autobusu.
  • Do widzenia.

Byłem wypłacany na bieżąco, wszystko miałem uregulowane, ubrania robocze w plecaku - podążając więc za informacją od zrozpaczonego Krzysia, wysiadłem na kolejnym przystanku, a następnie wróciłem do domu.

Targały mną emocje niczym ofiarą syndromu sztokholmskiego, z jednej strony czułem ulgę, że to już koniec, a z drugiej ogarnął mnie smutek i dezorientacja.
Było mi również żal (może przede wszystkim) Pana Krzyśka, był, jaki był, miał swoje niewyszukane techniki pracy, ale była to naprawdę poczciwa chłopina.

Tak zakończyło się moje preludium z gastronomią i przedwiośnie pracy na kuchni..

Pewnego dnia, kiedy byłem przejazdem w okolicy, dostrzegłem ruiny po tym właśnie lokalu, spalone zgliszcza, zasmarowane niedoszłym graffiti.
Bardzo metaforyczny, melancholijny widok na odległą przeszłość i zaduma nad przebytą, jakże wyboistą drogą do teraźniejszości.

Czyżby "kucharskie bóstwo" zesłało karę za to, że mieli czelność się odeń odwrócić?
A może to kontrahenci szerszenia przybyli pewnej ciemnej nocy, aby uregulować pewne niedokończone sprawy?
Może jedno wynikało z drugiego, a może wydarzyło się coś, o czym po prostu nie możemy mieć pojęcia..

Reszta zależy już od Was..

Musicie wybrać, o czym ma być następny wpis:

  1. JĄDRO CIEMNOŚCI: Wstęp do gastronomika i praktyk zawodowych - zabarwienie patologiczne.

  2. DRUGA STRONA MEDALU: Dorywcza praca jako kelner podczas nauki w szkole - zabarwienie humorystyczne.

KOMENTARZE

  • gtelefon

    Rozbawił mnie ogromnie sam tytuł, co dopiero musi być w tekście 😀 pozdrawiam!

  • veggie-sloth

    Patologicznie niech będzie :) Ma być gore! Jak zwykle fajna opowieść, spotkałeś potem pana Pawła? Gdzieś przemknął na zapleczu kuchennym?

  • wadera

    Jądro Ciemności na wynos poproszę. Na dziko.

  • foodini

    Oczywiście nr 1. 😉
    Super tekst! 👊

  • zdrowie

    A można prosić pizzę pół na pół, 1 i 2 ? ;)) Oczywiście ciasto bezglutenowe 🤣

  • rado21ste

    Słuchajcie..Lecimy do gastronomika na praktyki zawodowe.😁

  • rozku

    rety, rety co robić, co wybrać?
    oba by sie naraz chciało!!,
    takie zachłanne obudziłeś we mnie żądze
    (a później mnie brzuch rozboli :))

    PS:
    określenie: "to się ślizga" mnie powaliło!
    jakież to obrazowo symboliczne!!
    taka ikona świeżości :D

  • grecki-bazar-ewy

    Dawaj co chcesz, zgłodniałam ;)

  • grecki-bazar-ewy

    https://steemit.com/polish/@kurator-polski/tygodnik-kuratorski-14 :)