BLOGCZEJNalpha

Czy Jim Carrey chce zostać Jezusem?

man_on_the_moon.jpg

W dokumencie "Jim i Andy" wyprodukowanym przez NETFLIX o tworzeniu dzieła o tytule "Człowiek z księżyca", w którym główne skrzypce gra Jim Carrey, wypowiada on pewne prorocze słowa, które mogłyby tłumaczyć jego obecne zachowania i próbę odgrywania przewodnika duchowego. Aktor wręcz zamienił się z komedianta w kogoś pokroju guru, który stara się ludziom dawać wskazówki jak żyć.

Chciałbym wspomnieć o moim stosunku do tego aktora. Dopóki nie oglądnąłem filmów dramatycznych z jego udziałem, to miałem go za mimicznego humorystę, który gra zawsze role w filmach o poziomie humoru bawiącym nastolatków cieszących się z każdego bąka na ekranie.

Dramaturgie, które diametralnie zmieniły moją opinię to oczywiście szerzej wszystkim znany Truman Show, no i "Numer 23", w którym to główny bohater miał obsesję doszukiwania się wszędzie tejże liczby. Następnie natrafiłem na wywiad z Jimem i zobaczyłem człowieka, który swoją młodość spędził w biedzie z mamą w przyczepie campingowej. Widziałem też, że to osoba dążąca do doskonałości w tym co robi i to wręcz obsesyjnie.
I tak na kilka lat mój związek z filmami tegoż aktora jakoś się urwał, by ostatecznie odnowić się po trafieniu na zwiastun filmu dokumentalnego na Netflixie badającym kulisy powstawania człowieka z księżyca, w którym to Carrey ma grać zmarłego komika o nietuzinkowej osobowości, na której on sam się często wzorował. Ponadto Jim tak wkręcił się w rolę, że praktycznie z niej nie wychodził, więc pomyślałem, że to będzie coś, gdzie ten aktor da z siebie 1000 procent, gdzie wzbije się na wyżyny swego talentu. Więc warto zarówno obejrzeć tenże dokument jak i samego Człowieka z Księżyca.

Ale kim właściwie jest owy Andy Kaufman, z którego osobowością Jim Carrey nie chciał się rozstać ani na chwilę w ciągu tych 24 godzin?
Komik lat 90 tych. Z charakteru wątłej budowy. Ciapowaty, infantylny, o poczuciu humoru, które czasami rozbawiało a czasami wręcz irytowało. Uwagę publiczności raczej udawało mu się zatrzymać idealną kreacją gapowatego i głupiego Jasia i nawet bez-mutacyjny głos był po stronie takiego wizerunku. Jeśli jeszcze nie dość wyraźnie opisałem tą postać, to jeśli znacie Gracjana Rostowskiego to już pośrednio będziecie wiedzieć o czym mówię. I w przeciwieństwie do swojego polskiego odpowiednika Gracjana całe to pierwsze wrażenie Andy potrafi zburzyć już w pierwszej scenie filmu przepoczwarzając się w idealną kopię śpiewającego Elvisa Presleya. W tym momencie widownia zaczyna zdawać sobie sprawę że to nie wioskowy głupek, ale artysta, który zakłada na siebie różne maski.

Andy Kaufman ma także swoje alter-ego pod postacią piosenkarza Tonego Cliftona, którego osobowość tak odbiega od tej powiedzmy pierwszej Andiego, że nie sposób uwierzyć , że to jedna i ta sama osoba. Clifton jest przemądrzały, pewny siebie, złośliwy w stosunku do innych i uwielbia wprawiać widownię w zażenowanie. Typowy gość proszący się wręcz o strzała w pysk. Co ciekawe na planie filmu właśnie to się wydarza. Jim będąc ucharakteryzowany na Cliftona zachowuje się właśnie jak on doprowadzając jednego z aktorów do rękoczynów. Co ciekawe, nie wszyscy od razu wiedzą, że Tony Clifton i Andy Kaufman to ta sama osoba. Komikowi udaje się zachować tą zasłonę dzięki charakteryzacji, ale o szczegółach dowiecie się już w samym filmie.

W dalszej części filmu widzimy że Andy to prawdziwy tytan pracy, który wiecznie chce doskonalić swój warsztat, eksperymentuje, szerokim łukiem omija znane szlaki i nigdy nie wychodzi z roli. Nawet podczas obiadu ze swoim agentem granym przez Danego De Vito, próbuje go szokować dziwnymi zachowaniami, które wybiegają daleko poza przyjęty savoir vivre.
Andy żyje żartem cały czas, szuka nowych wyrażeń, metod rozmawiania z widzem, czy też robienia sobie z niego przysłowiowych jaj. Dzisiaj nazwalibyśmy to trollingiem. Burzy czwarta ścianę, gdy sztucznie ustawiają problem z dźwiękiem i obrazem tak by widz musiał wstać od telewizora i walnąć w niego od góry (dawna metoda naprawy telewizorów o wystającym tyle) Zatrudnia się w barze szybkiej obsługi by robić żarty z klientów pytających, czy nie jest tym znanym aktorem z sitcomu. Kpi z rodzącego się ruchu feministek zapraszając je na walki w formule WRESLING, gdzie daje im niezłego łupnia. Robi sobie tym samym wielu wrogów. Bo kto to widział by facet walczył z babą!?

I teraz wyobraźcie sobie hołd jaki składa Jim Carrey naszemu Andy'iemu. Jim nie wychodzi z roli, zamęcza współaktorów przedsięwzięcia. Co zresztą zostaje uwiecznione, bo aktor zażyczył sobie własnej ekipy z kamerami by mogła nagrywać sceny podczas kręcenia Człowieka z księżyca. Carrey wręcz zachowuje się niepoczytalnie. Mówi nam jak to podczas medytacji próbował nawiązać kontakt ze zmarłym komikiem. A będąc już na planie filmowym nie pozwala do siebie mówić po imieniu. Stwierdza wręcz, że jest Andym Kaufmanem i nie zna żadnego Jima Carreya. Gdy na planie filmowym pojawiają się rodzice zmarłego komedianta, to on udaje ich syna. Wszystko to jednak robi z klasą, empatią i taką naturalnością, że nie mają mu tego za złe.

Tyle o samym filmie, ja sam najpierw oglądałem dokument Netflixa „Jim i Andy“, a w nim opowieści Jima Carreya o tym jak nie wychodził z roli, jak stał się Andym. Ile go to kosztowało. Jim opowiadając te wszystkie historie zaczyna coraz bardziej zagłębiać się w filozofie, w teorie EGO.
Pyta sam siebie, jeśli odrzucić naszą rolę społeczną, narodowość do której przynależymy, religię jaką wyznajemy, osoby wokół których żyjemy to co nam pozostaje? Czy osobowość nie jest sztucznym i chwiejnym konstruktem? O ile często podobne wypowiedzi wśród wszelkiej maści przewodników duchowych nigdy nie trafiały do mnie. To gdy mówi to aktor, który na bardzo długi czas porzucił swoją własne „Ja“, to zaczynam się sam głębiej nad tym wszystkim zastanawiać.
Carrey po zakończeniu produkcji filmu nie potrafił na długo wrócić do siebie, zapomniał kim jest, zbyt długo pozostawał poza rolą człowieka o imieniu „Jim Carrey“. Ale największy smaczek aktor serwuje nam na końcu. Pyta sam siebie, co by było gdyby wcielił się w rolę Jezusa i nie wychodził z roli przez tak długi czas. Gdyby wchłonął jego osobowość? Co mogło by się stać?
I to głównie ta wypowiadana przez niego kwestia zaciekawiła mnie najbardziej, aktor oczywiście pod koniec stwierdza, że to byłoby już przegięcie. Ale obserwując jego ostatnie poczynania, w których bawi się w przodownika duchowego, mówi o religii, maluje obrazy (w tym jeden z wizerunkiem Jezusa) to zaczynam się zastanawiać czy on aby przypadkiem nie przygotowuje się do swojej nowej życiowej roli.

KOMENTARZE

  • kusior

    Gdy obejrzałem z ponad rok temu Człowiek z księżyca to szczęka mi z wrażenia opadła... To co Jim Carrey tam robi to prawdziwe mistrzostwo. Od razu zrozumiałem, że pomimo tego iż już wcześniej go bardzo lubiłem i szanowałem, to niewystarczająco go doceniałem.

    Niedawno dowiedziałem się o dokumencie Jim and Andy i na pewno go obejrzę. Ale przedtem pewnie zaserwuję sobie powtórkę Człowieka z księżyca.

    Bardzo interesujący post, brawo!

    Czy zgadzasz się bym wsparł ten post (oraz ewentualnie kolejne) za pomocą bid bota kuratorskiego? Więcej informacji tutaj: https://steemit.com/polish/@kusior/wsparcie-dla-tagu-pl-filmy.

  • theadelina

    koniecznie muszę obejrzeć! :) świetnie opisałeś temat, zwróciłeś uwagę na ważne kwestie, bo od kilku lat "coś się dzieje" wokół Carreya.

    *Gracjana Roztockiego :)