BLOGCZEJNalpha

Kosmiczna XII księga "Pana Tadeusza"

Kosmiczna XII księga "Pana Tadeusza", czyli recenzja książki "Daleka droga do małej, gniewnej planety" autorstwa Becky Chambers.

Okładka książki


Mam mały problem z pewnym wątkiem charakterystycznym dla wielu utworów science fiction - za łatwo przychodzą nam w owych dziełach kontakty z kosmitami. Tak, wiem, że SF to jeden z tych gatunków, który masowo płodzi dzieła pełne cynizmu i pesymizmu, wypełnione po brzegi ponurą refleksją nad ludzką naturą, nad brakiem przyszłości we Wszechświecie. Ale gdzieś obok nurtu pesymistycznego istnieje ogromny dział SF, w którym znajdują się dzieła pełne optymizmu, z dzielnymi bohaterami pokonującymi niebezpieczeństwa kosmosu razem z przyjaznymi kosmitami. “Daleka droga do małej, gniewnej planety” to właśnie taka powieść - a zarazem mocno utopijny manifest ksenofilicznych, egalitarnych poglądów autorki. I mam z tą książką pewien problem.

Główna bohaterka (choć czy aby na pewno?), Rosemary, chce uciec przed przeszłością. Fałszuje więc swoją tożsamość, dzięki czemu otrzymuje pracę na Wędrowcu, statku kosmicznym zajmującym się budową tuneli podprzestrzennych. Poznaje tam szczęśliwą załogę złożoną z ludzi i kilku innych gatunków, wraz z którą przeżywa kolejne przygody. Oczywiście pomiędzy członkami załogi (i nie tylko) z czasem rodzą się różne miłości…

Mój główny problem z “Daleką drogą…” to bardzo słaba konstrukcja techniczna książki. Spodziewałem się soft space opery, a więc gatunku, w którym jest jakaś akcja. Niekoniecznie muszą to być międzygwiezdne pościgi, wojny czy śledztwa, ale przecież powinniśmy się obawiać o zdrowie czy życie naszych bohaterów, prawda? Cóż, Becky Chambers zapewne mogłaby się nie zgodzić. W “Dalekiej drodze…” oczywiście występują momenty z bardziej dynamiczną akcją, ale niestety napięcie jest w nich źle stopniowane. Niebezpieczeństwo grozi protagonistom tylko przez chwilę, a nasi dzielni bohaterowie potrafią się z nim uporać praktycznie bez problemów. W tak zwanym międzyczasie narrator pokazuje, jak załoga "Wędrowca" kupuje mydło na targu, albo je wspólnie obiad. Rozumiem, że de facto występuje tutaj bohater zbiorowy, mimo iż w teorii narrator skupia się na postaci Rosemary. Ale co z tego, skoro protagoniści niezbyt dają się lubić?

Oczywiście zabieg ten miał na celu promocję pewnej ideologii. Autorka dość sprawnie kreuje galaktykę pełną miłości międzygatunkowej, pokoju, zrozumienia, tolerancji. Jej wizja Drogi Mlecznej, pomimo kilku negatywnych zjawisk w niej zawartej, to wręcz utopia, żywcem wyjęta z dzieła Morusa. Ta naiwność razi w oczy. Doceniam promowanie ksenofilii, pacyfizmu i tolerancji, ale mój wewnętrzny strażnik, broniący mnie przed wpływami ideologicznymi od razu się obrusza, gdy tylko widzi próby mocnego nawracania mnie na jakieś idee bardzo łopatologicznymi metodami. Poza tym naiwność odbiera dziejącym się w powieści rzeczom wiarygodności, odziera fabułę z tego czegoś, co mogłoby przekonać niezdecydowanych.

Utopijność mocno widoczna jest też w postaciach. Główna bohaterka to Mary Sue. Wszystko jej wychodzi, właściwie nie ma żadnych wad, no po prostu człowiek-ideał. Podobnie Sissix, Kizzy, Doktor Kucharz czy Jenks. Jasne, są tutaj postacie nieprzesłodzone (Corby Ohalan), ale nawet u nich zalety znacząco przewyższają mało ważne wady. Po pięciuset stronach obcowania z perfekcyjną załogą czytelnik ma wrażenie, że coś tu mocno nie gra. Takie istoty, a już szczególnie w takim natężeniu, po prostu nie istnieją nigdzie poza grafomańskimi blogaskami oraz mocno naiwnymi powieściami utopijnymi. "Daleka droga..." to oczywiście ten drugi przypadek.

Mimo mojej niechęci do utopii i nachalnego manifestowania swojej ideologii muszę pochwalić autorkę za interesujący świat przedstawiony. Rasy obcych są ciekawie wykreowane, choć w dużej części niezbyt oryginalne. Parę pomysłów fajnie ze sobą współgra, szczególnie pomysł na wirusa Szeptacza i planetę heretyków. Powieść ma kilka interesujących momentów, głównie wtedy gdy załoga statku opowiada Rosemary o swojej przeszłości. Szanuję też pozytywne przesłanie książki. Jest w nim dużo racji, choć powtórzę raz jeszcze, że sposób jego podania raczej nie przekona nikogo przekonanego. Ponadto powieść czytało się dość przyjemnie i szybko. Dlatego, pomimo moich uwag do kilku kluczowych elementów książki, “Daleka droga do małej, gniewnej planety” jest pozycją, którą mogę polecić. Czy warto ją przeczytać? Tak, o ile nie irytują was powieści nieco naiwne w swoich założeniach, utopijne i mocno ideologiczne.

Moja ocena: 6/10

A tak w kwestii zupełnie niezwiązanej z recenzją - przetestuję Dclicka, zobaczymy ile to jest warte. :)


Sponsored ( Powered by dclick )
Danke Partiko und allen die ich zuspamen durfte.

Normalerweise sind meine Posts "ernsthafter" und bes...

logo

This posting was written via
dclick the Ads platform based on Steem Blockchain.

KOMENTARZE