BLOGCZEJNalpha

Opowieści z Harranu

[miejsce opowieści na mapie](https://www.google.fr/maps/place/Harran,+63510+Harran%2F%C5%9Eanl%C4%B1urfa+Province,+Turkey/@37.9626874,38.3775323,7z/data=!4m5!3m4!1s0x15343dad4905e597:0x6a17c99b458fad05!8m2!3d36.863131!4d39.024276?hl=pl) Z Harranem było podobnie jak z pozostałymi miejscami w Turcji. Reklamy, zdjęcia, “domy ule” itp. prowokowały mnie aby zweryfikować jaka jest rzeczywistość od strony nieturystycznej. Kolejny raz potwierdza się moja teza, że materiały o znanych miejscach tworzą nieprofesjonaliści, wyposażeni w profesjonalny sprzęt. Przyjeżdżają samochodem, najczęściej w towarzystwie miejscowego przedstawiciela lub pomocnika od rozstawiania statywu, pstrykają setki zdjęć z których wybierają kilka, proszą miejscowego o komentarz, a wieczorem przy drinku przeglądają na laptopie (w hotelu lub już w domu) surowy jeszcze materiał. Głównie fotki z których photoshop wykreuje samą słodycz. Taka praca. ![IMG_5195.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmTnQrzZu7ELXFJnajFufXUj9A42kunCb6hjYbkrNFMfaU/IMG_5195.JPG) Moje spojrzenie jest nieprofesjonalne, nie bazujące na motywacji finansowej, w związku z tym śmiem twierdzić bardziej osobiste, a może dlatego obiektywne. O samym Harranie można więcej i dokładnie poczytać w sieci, przewodnikach a także pooglądać filmiki na youtube jak na tym tutaj. [Harran](https://www.youtube.com/watch?v=PadA82v75OU) Będąc na miejscu nie widziałem tam kobiet, ubranych w tradycyjne, odświętne stroje jak na powyżej prezentowanym filmie. Turyści uwielbiają selfie, dlatego przebrani w tradycyjne stroje mają po powrocie miłe pamiątki. Mnie też włożono na głowę biały, w czarne cętki (lub na odwrót ręcznik) i przytrzymującą go czarną opaskę, ale uznając to za infantylną maskaradę, zrezygnowałem z tego cyrku. Ostatecznie, muszę dbać dbać o swój włóczęgowski wizerunek, nie profanując go typowo turystycznymi zachowaniami. ![IMG_5225.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmdCd1qUsNaFKWvuD6g1a7XKc9WnDMXUbC14QS5vkrWLN3/IMG_5225.JPG) Podczas mojej pierwszej wyprawy zdobywałem bolesne doświadczenia, jak nie dać się nadziać na wizerunek turysty, ale to prawie niemożliwe. Miejscowi mają swoje metody osaczania przyjezdnych. Przywożeni z Şanli Urfy autokarami pod samo “muzeum” w Harranie, wysypywani są z niego na małe obejście i wciągani do środka. Obsługujący obiekt gospodarz (prawdopodobnie właściciel) pełni rolę przewodnika po obejściu. ![IMG_5244_2.jpg](https://cdn.steemitimages.com/DQmchhCQtSvrjYBDykQhxLX4BD3tX7EPDEn9sWAS266pLBq/IMG_5244_2.jpg) Pożycza do pozowania, lub sprzedaje paniom tradycyjne, kurdyjskie ubiory, oprowadza i odpowiada na pytania. Można kupić pamiątki i słodycze w mikroskopijnym, tym oto sklepiku z lustrem. Zabawnie wyglądają Niemki w zwiewnych, tradycyjnych szatach, rozmawiające głośno po niemiecku. ![IMG_5222.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmQtc5etKobVJ5LFtiR5Dos82CuK4K3zDFNHQpVo4k1TGB/IMG_5222.JPG) ![IMG_5220.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmXi4C3Er3QrzajXxfbxX2V7M8TLnn2MF1JRab3ufKVDhB/IMG_5220.JPG) Po godzinie kierowca autokaru zbiera towarzystwo i odwozi tam gdzie jego miejsce. To znaczy do hotelu w Urfie. Pod sufitem można podziwiać wyroby pamiątkowe z koralików, przypominające te, którymi nasi przodkowie obdarowywali Indian. ![IMG_5215.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmPdQ7pfABJCnVbhzoZtF2zagzz9CEzpQ1SBSKTn6BgrUB/IMG_5215.JPG) Indywidualni goście mają w tym miejscu gorzej, ponieważ tuż po wyjściu z mikrobusu opadają ich piętnastolatki z identyfikatorami, świadczącymi o tym, że są licencjonowanymi przewodnikami i aktualnie studentami historii jakiegoś tam uniwersytetu. Sam obiekt do zwiedzania jest na tyle mały, że nie potrzebuje żadnego przewodnika, ale oczywiście dzieciaki pragną dorobić na doładowanie karty i ja to rozumiem. Osobiście zraziło mnie to, że nie mówią na wstępię iż oczekują za swoją usługę gratyfikacji, lecz chcą jedynie wskazać drogę z dobroci serca. Jako umysł ścisły traktuję ofertę poważnie i daję się wkręcić młodemu. Kiedy już jesteśmy przy gliniaych domkach, dziękuję za pomoc i aby się odczepił (bo wyczuwam tu jakieś oczekiwanie na cdn) mówię, że teraz mam swoje sprawy i idę do sklepu. O tak, sklep jest tam, zaprowadzę… Nie ma człowiek chwili samotności nawet na takim zadupiu. Chciał nie chciał, idziemy razem, kupuję reklamówkę pomarańczy, a ten pomaga mi ją nieść i wyżera mi je częstując się po drodze. Akurat przechodzimy koło ruin medresy (wtedy jeszcze nie była odgrodzona) od centralnej ścieżki i żegnam go słowami “a teraz dobranoc, muszę sobie znaleźć miejsce na nocleg”. Ten jednak mnie straszy, że miejsce jest niebezpieczne, pełne skorpionów i węży, i że jego wujek ma tu tani hotel do którego mnie zaprowadzi. I tak właśnie się robi wałki na białych, głupich turystach bez wsparcia w postacie osobistego doświadczenia. Ali, bo tak ma na imię gospodarz, wprowadza do pokoju gościnnego (jedynego) w typowo raczej arabskim obejściu, z wielką, skrzypiącą, żelazną bramą, zamykaną na noc w obawie przed jakimś najazdem zbójów. Na betonowej podłodze, z wyżłobionym z boku rynsztokiem do odprowadzania wody (?) leżą palety, a na nich podwójne, zaścielone łóżko małżeńskie, z ubraną w kolorowe fendefluszki lalką. Pokój dla nowożeńców. Żadnych mebli, umywalki itp. W oknach kraty bez szyb, a na zewnątrz zaśmiecony stok zarośnięty jakimś badziewiem. Sciany pokoju, (co prawda w środku otynkowane, chyba) pomalowane na różowo, kryją kilkuset letnią historię przewalających się tu, w te i we wte tabunów krzyżowców, Seldżuków, Persów, Mongołów, a każdy z nich musiał sobie coś rozwalić i spalić. Ludzie to odbudowywali bez końca aż budowla zatraciła swój pierwotny charakter. Druga Jerozolima. Proszę o pokazanie miejsca gdzie mogę umyć ręce i nie tylko. Na zewnątrz stoi gliniany, niski chlewik, w którym po przekręceniu z wielkim trzaskiem wyłącznika (z roku chyba 1948) pojawia się pod sufitem żółta plama. Nigdy nie czyszczona, oblepiona truchłami much i ćiem 15 watówka robi od niechcenia za żarówkę. Wystarczająca aby trafić do rogu z małym otworem w podłodze i obok niego leżącego na betonie (albo płaskim kamieniu) grubego szlaufu do nawadniania pola ze studni. Tuż przy wejściu zmasakrowane lustro i umywalka. Możliwe że z wodą bieżącą. O ablucji w tym akurat hotelu nie ma mowy. Ani zewnętrznych, ani też wewnętrznych drzwi do do kącika z dziurą nie było. Ali ma kilka córek. Niektóre z nich zamknięte w tej twierdzy, pewnie pierwszy raz widzą takiego białasa. Kręcą się tu i tam, a to przynoszą wodę, inna ręcznik, trzecia domaga się wróżenia z ręki i czego tam jeszcze, chichrając się przy tym. Podczas gdy Ali poluje gdzieś tam na jelenie. W akcie poświęcenia i wielkodusznie odmawiam profanacji luksusowych, koronkowych piernatów przez swoją niedomytą skórę (w środku jestem podobno w porządku), rozkładam pod oknem karimatę i szykuję się do relaksu. W tym momencie przychodzi po mnie jedno z dziesięciorga dzieci Alego i prowadzi do pokoju, w którym pani domu, z wiecznie przyklejonym do zębów papierochem, zdecydowanym ruchem, nie znoszącym sprzeciwu sadza mnie na folii plastikowej pokrywającej dywan, na betonowej posadzce, w kręgu złożonego ze swoich sąsiadów. W absolutnie pustym pokoju, w którym jedynym meblem jest jakiś telewizorek, 15 chłopa wlepia we mnie swoje czarne gały znad położonych poniżej równie czarnych wąsów. I wtedy do mnie dochodzi, że to ma być oficjalna kolacja, specjalnie przygotowana dla mnie w ramach all inclusive. Rano będę bulił za hotel, bo przecież jestem w enklawie arabskiej, charakterystycznej z kupczenia, a nie kurdyjskiej, w której można liczyć na gościnę. >W tym miejscu nadarza się okazja dodania notki historycznej. Na mocy jednego z traktatów (wersalskiego?) linia graniczna została przesunięta na południe, w efekcie czego Syria została pozbawiona części swojego terytorium, wraz z jego mieszkańcami. W Şanli Urfie słyszy się na ulicy język turecki, arabski i kurdyjski. Skrzyknięci sąsiedzi mają teraz kolację na krzywy ryj, na koszt klienta hotelu. Trudno, wszystko jest doświadczeniem – wtedy byłem bardzo zły na tą sytuację, ale dziś rozumiem, że w ten sposób się uczymy na błędach. Wyciągając wnioski i nie dając się prowokować emocjom. Pijemy herbatkę, jedną drugą, piątą a pani gospodyni, z nieodłącznym papierochem w zębach rzuca na kolana każdemu z nas (trafi nie trafi) chleb w postaci relatywnie sztywnego, cienkiego naleśnika wielkości poszewki do poduszki. Rwie się go jak papier, i nabiera nim coś gulaszowatego, leżącego pomiędzy nogami gości w wielkiej, okrągłej brytwannie. Co jakiś czas obrzuca nas tym chlebem ze swojej strategicznej pozycji jakby karmiła gęsi Rano, otwierając oczy widzę nad sobą głowę kozy, która wetknąwszy ją pomiędzy kraty gapi się na mnie z góry. Kto wie ile czasu mnie tak obserwuje. Za chwilę wpada jedna z dorodnych cór Alego ze strażackim szlaufem i zmywa całą powierzchnie pokoju, również tą pod paletami. Woda spływa do głębokich żłobień odlanych w płycie podłogi. W tym czasie przebywam w pokoju z młodszą latoroślą, która powoli wygramala się spod koców, kołder innych tym podobnych. Dzieciaki wynoszą na dziedziniec sterty dywanów i przykryć, a pusty pokój jest identycznie traktowany tymże szlaufem. Pozostałe córy rozwieszają bambetle do spania na podwórkowych sznurach i zawzięcie je trzepią kijami. Hotel wraz z przewodnikiem kosztował mnie $15, co w tamtym czasie (około 2010r.) było dla mnie sporym obciążeniem. Miałem plany aby się poszwendać po okolicy i odwiedzić Tek Tek Daglari Mili Parki znajdującym się około 20 km. na wschód od Harranu. Na uwielbianych przeze mnie bezludnych terenach znajduję się tzw. księżycowa świątynia i jeszcze jakaś inna. Co prawda kamienne rozwaliny mnie nie interesują, ale przebywanie w miejscu kultu sprzed kilku tysięcy lat to co innego. Następnie planowałem wędrówkę po bezludnych terenach na północny wschód aż do Viransehir. Taka była intryga. Niestety, Ali wybija mi to z głowy, wciskając wycieczkę dżipem do Tek Tek za $20. Ja nie rozumiem, że ktoś nie rozumie, że ktoś lubi samotnie łazić, nie nadziewając się przy tym na innych. Podobno to teren graniczny, park narodowy, brak wody, kompletnie przez władze niekontrolowany, a jeśli już to przez miejscowych rozbójników. No i psy. Tak czy siak odpuszczam ten wypad do następnej inkarnacji. Nauczka dla mnie – powinienem swoje plany konsultować na miejscowym posterunku. Ale oni tam z takimi wariatami na piechotę do czynienia nie mają. Jak to na piechote? Ali ma dżipa, na piechotę się nie chodzi. Pewnie musielyby się konsultować z ichnim msw w Ankarze. Jakoś mało się robi wolnej przestrzeni do rozprostowania nóg, czas na Iran. Postanawiam się poszlajać jeszcze w okolicy - moje głodne nogi dopominają się kilometrów. Trafiam na kupę kamieni i jakieś mury, które są pozostałością czegoś tam. Pusta okolica, prawie bezludzie a tu pod murem siedzi sobie za biurkiem około 20 letni młodzian w garniturku, podobno sprzedający bilety zwiedzającym (?) obiekt. Parzy sobie herbatkę, częstuje, opowiada o historii twierdzy która zupełnie mnie nie interesuje. Jest na tyle bystry, aby mi nie oferować biletu na tej pustyni – i tak już zdążyłem wszystko obejrzeć zanim się na niego nadziałem. Student historii odbywający wakacyjną praktykę. W drodze powrotnej najeżdża mnie na tych bezdrożach patrol turystyczny i grzecznie sprzedaje bilet wstępu na teren Harranu, mający jakiś tam, podobno wyjątkowy status. Skąd oni mnie wypatrzyli? Z wieży granicznej przez teleskop astronomiczny? To ukryta kamera czy ekipa Bareji znów coś kręci? ![IMG_5192.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmQBWEKBTZRyy4XCUNH281MbyKt7CfbtgKjCY7Azobzi5y/IMG_5192.JPG) ![IMG_5211.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmRdP3dmMQNMJaEQKsKYNSHEBMX3vt7Jj82eMj9FMq9HaF/IMG_5211.JPG) Widok wioski jest bardzo smutny, jakby wzięty z filmu o prorokach z laskami błąkającymi sie po pustyni. Biedna, zaniedbana, wyludniona. Tu się włóczy jakaś samotna koza, gdzie indziej wielbłady, jakiś wychudzony pies grzebie w odpadach z kapusty, a gdzieś tam staruszka z wiązką chrustu na opał. W sumie jakby nic się nie zmieniło od wczesnego średniowiecza. Żadnego asfaltu, drogi, jedno wielkie zakurzone klepisko. Idealna sceneria do kręcenia filmu o apostołach. Ruiny medresy czyli muzułmańskiej szkoły koranicznej. ![IMG_5197.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmNrgFkysxLMrvZMPEXs1x8r3fixxWsh9kyvyDQBm3rtdM/IMG_5197.JPG) Przechodząc obok ruin medresy wdaję się w pogawędkę ze starszym panem, od którego dowiaduję się, że miejsce to jest czyste, i że żadnych węży ani skorpionów tu nie ma i nigdy nie było. ![IMG_5185.JPG](https://cdn.steemitimages.com/DQmNigP9cMmJye8iLDrsGkLVVVKYZb6iq623rFyGCzFMJU6/IMG_5185.JPG) Na centralnym placyku pełniącym rolę śródmieścia, w oczekiwaniu na busika do Sanli Urfy, rozmawiam z miejscowymi. Co? byłeś u Alego? I rechocą na cały plac. A na ile cię naciął? I znów wszystkim wesoło – ale nie mnie. Sławny ten Ali. Podczas pierwszej wizyty, ze względów finansowym nie miałem ze sobą aparatu. Po kilku latach, już co nieco zcywilizowany, wyposażony w swoją lustrzankę i kartę kredytową, mogłem zachowywać się jak człowiek. I to właśnie z tej drugiej wizyty pochodzą zamieszczone tu zdjęcia. Materiał jest nieco chaotyczny, ale ma swoje zalety. Zbyt uporządkowany i sformalizowany przekazuje informacje dotyczące samych faktów i może sprawiać wrażenie, podobne do recytacji tekstu przez spikera. *Şanliurfa lub Şanli Urfa (wspaniała Urfa) używa się obu nazw. Jak zrozumiałem miejscowi preferują skrót Urfa* *Zdjęcia - Canon EOS 1000D*

KOMENTARZE

  • karolinabaum

    Ma Pan w sobie dużo odwagi, podziwiam.
    Dziękuję za wspaniałą historię ❤️