BLOGCZEJNalpha

Pamukkale

Pamukkale

Wikipedia

IMG_6890.JPG

Pamukkale video youtube

Właściwie na tym mógłbym poprzestać, ale wpis nie spełniby wymogu zawarcia minimalnej ilości słów. Jak mus to mus. No cóż, „jakoś to będzie” jak powiedziała pewna pani, wybierająca się na wycieczkę do Egiptu podczas wybuchającej tam właśnie wojny. A więc czas na trochę ble, ble, ble...

Oglądałem na kalendarzach kuchennych oraz witrynach biur podróży oszopowane, słodkie widoki Pamukkale i postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście jest tak bajkowo. To tylko częściowo prawda, ta bardziej pozytywna. Tą mniej szlachetną motywację nazwałbym „zaliczeniem” (obiektu turystycznego), aby się nie narazić na kiwanie z politowaniem głową i dezaprobatą przesłuchujących mnie znajomków. Co? Byłeś w Turcji? A w Pamukkale widziałeś?

I tu pojawia się się problem natury psychologicznej. Wygląda na to, że przynajmniej z mojego punktu siedzenia, a także osobistego doświadczenia wynika, iż zaliczanie ma swoje źródło w niskiej samoocenie. Aby zrekompensować jej niedostatek, staramy się najczęściej o akceptację (namiastkę podziwu?) otoczenia. Tak przynajmniej bywa w moim przypadku.

Turyści z całego świata, ze szczególnym uwzględnieniem koreańskich mistrzów selfie, produkują terrabajty zdjęć, które z jednej strony stanowią pamiątkę, a z drugiej dowód rzeczowy w sprawie – czyli zaliczenia.

IMG_3625.JPG

Jeśli chodzi o mnie, to mam tylko kilka selfie ponieważ, zawsze podróżuję samotnie. Poza tym trudno zrobić sobie fotkę pół kilogramową niemal lustrzanką z obiektywem 50-250 mm. bez specjalnego wysięgnika, a do niego dopasowanego do torsu osobistego orusztowania. I na koniec nie widzę sensu inwazyjnego wciskanie mojej doskonale mi znanej z codziennego golenia twarzy w kadr - to w pewnym sensie profanacja fotografowanego obrazu.

Nie byłbym sobą, gdybym oparł się pokusie kolejnej prowokacji, narażając się przy tym na dozgonną awersję części czytelników. Mając do wyboru nieryzykowne, sprawiające potencjalnym czytelnikom miłe łaskotki, a w związku z tym i przysparzające liczne upvoty (bo przecież wiadomo o co głównie tu chodzi) teksty, a szczere z mojej strony, choć może niemiłe dla niektórych stwierdzenia, decyduję się na to drugie. Więc jeśli kogoś nie stać na dystans i cierpi na brak humoru – niech krew się poleje, a niech tam. Z całą mocą stwierdzam, że moją intencją nie jest obrażanie kogokolwiek, lecz prezentacja logiki widzianej z perspektywy mojego stołka.

Przy okazji deliberowania w deszczową pogodę nad tą akurat częścią postu, wydedukowałem, że przesadne (w moim mniemaniu) dokumentowanie swojej obecności w każdym miejscu, ma prawdopodobie swoje źródło w silnej potrzebie akceptacji (uznania ?) otoczenia, któremy możemy dokazać, że nie jesteśmy tak beznadziejni jak niektórzy mogą o nas sądzić. I tu mogę się mylić, bo jeżeli właściciel selfie ani ich nie publikuje, czy też nie pokazuje innym, to cała powyższą logika rozkracza się do szpagatu. A więc sprawa jest dyskusyjna ponieważ, dużo zależy od intencji w jakiej tworzymy selfiasty dokument.
Zagadnienie samooceny wymagałoby rozwinięcia w oddzielnym wpisie, i być może zajmę się tym wkrótce. Wszystko zależy od stopnia ocalenia skalpu, którego poziom będzie widoczny w komentarzach pod tym tekstem. Jestem otwarty na merytoryczne dysputy w tym zakresie, ale tylko takie. Pdpowiem tylko, że sprawa jest prosta i nie potrzeba tu żadnego psychologa. Aby zakończyć to kondominium (ulubione słowo prezesa) psychologiczno-selficzne dodam, że nie bez znaczenia jest związek uzależnionego pstrykacza z ograniczoną umiejętnością głębokiego celebrowania doznań, jakimi by one nie były w danym momencie. Dlatego selfie może stanowić pewien substytut intymnego, bardzo osobistego przeżywania. Opinia ta dotyczy również mojej osoby.

Podeprę się w tym miejscu fragmentem doskonałego w mojej opini filmu pt. Tajemne życie Waltera Mitty. W końcowym jego fragmencie, słynny fotograf pracujący dla Life, w krytycznym momencie rezygnuje z naciśnięcia spustu migawki, zaprzepaszczając tym samym okazję opublikowania zdjęcia wyjątkowo rzadkiego irbisa. A przecież w tym celu wyjechał w góry do Afganistanu. Przedłożył wyjątkową chwilę napawania się widokiem kota nad czynność jego dokumentowania. To właśnie mam cały czas na myśli mówiąc o celebracji chwili, czyli doskonałym skupieniu wszystkich zmysłów na obiekcie lub wydarzeniu. Taki stan powoduje, że wrażenia są tak intensywne, że w porównaniu z nim żadne selfie tego nie może zastąpić. Z tego powodu nigdy nie oglądam swoich zdjęć ślubnych.

Pamukkale w sezonie przypomina swą atmosferą trochę Zakopane, tyle że więcej w nim kultury. Również pod względem zadeptania/m2. To bardzo popularne miejsce ściąga z Azji, głównie Koreańczyków, dla których w większości restauracji karty dań przygotowane są w ich rodzinnym języku. Można tam spotkać mieszkańców Indonezji, Indii no i oczywiście są też Europejczycy oraz inni, których trudno zidentyfikować. No bo i po co? Jest kolorowo, wielkulturowo, bardzo przyzwoicie, wszyscy się wzajemnie szanują. No i nie ma przygłuchych, łysych, wieczni podpitych, ze złotymi łańcuchami na szyjach .

Miasteczko ciut, ciut jakby nadpsute, a to z racji chęci poddojenia przyjezdnych w krótkim czasie, co jest zupełnie zrozumiałe. Ostatecznie grzybobranie trwa głównie w miesiącach wakacyjnych i trzeba tą tubkę turystycznej pasty wycisnąć zanim miejscowi zostaną sami ze swoją wapienną górą. Każdy orze jak może, więc łapanka na nieświadomych „pułapek” turystów odbywa się na całego. Ale sympatycznie i raczej kulturalnie, bez rozboju, porwań, szantażu i wymuszania. Odrobina humoru potrafi sprawić, że niektóre przygody postrzegamy bardziej egzotycznie niż niemile. Swoją drogą, nie uważam za coś nagannego świadomie dać zarobić miejscowym. Zamiast postsocjalistycznego cwaniakowania. W turystykę zaangażowane są w sezonie całe rodziny a kiedy ten się skończy następna okazja będzie dopiero za rok. Kto wie jak te rodziny przędą pomiędzy sezonami?

Cała masa hotelików oferuje pokoje, pokoiki i półpokoiki wielkości schowka na miotły, w sumie miasteczko ma bardzo bogatą ofertę. Jak w całej Turcji zresztą. Nie ma potrzeby wcześniejszej rezerwacji. Znając numer telefonu hotelu, można poprosić o podwózkę z dworca autobusowego w Denizli, a wtedy obsługa wysyła kierowcę po odbiór klienta. Pomimo odległości 16 km. (32 w obie strony) usługa oferowana jest bezpłatnie. Nie twierdzę że takie są reguły, ale jak zapewnił mnie właściciel hotelu takie panują zwyczaje. Jeśli ktoś nie zna koreańskiego, może sobie zamówić indywidualne menu u żeńskiej obsługi hotelu.

Nieświadomi możliwości darmowej podwózki, turyści z plecakami muszą się zdać na taksówkę lub minibus. Kierowca, przewożący portfele z gotówką (na razie jeszcze wraz z ich właścicielami) błyskawicznie załatwia zakwaterowanie (bez wiedzy samych zainteresowanych oczywiście). Dzwoni w czasie jazdy do szwagra, jego brata, ciotki, żony przyjaciela, kogokolwiek (ostatecznie wszyscy się tam znają i wspólnie sobie podsyłają klientów). Goście są odstawiani tam gdzie ich miejsce, to znaczy gdzie ich odstawi kierowca. I dobrze, po co ma się turysta stresować szukaniem odpowiedniego dla niego hotelu? Ma wakacje, powinien się relaksować i wydawać pieniądze a nie kombinować z widokiem z balkonu.

Światowi przyjezdni, alergiczni na wszelkie ryzyka i przygody, rezerwują pokoje wcześniej poprzez strony internetowe, agencje lub dzwoniąc bezpośrednio do hotelu. Najwygodniejsi zaś dojeżdżają z hoteli w Denizli wynajętymi tam samochodami.

Samo miasteczko jest moim zdaniem przereklamowane, a swoją sławę zawdzięcza słynnemu wzgórzu o nazwie Çökelez wraz z jego trawertynami.

IMG_6858 Pamukkale.jpg

Copy (1) of IMG_6880 Pamukkale.jpg

IMG_6904 Pamukkale.jpg

IMG_3483.JPG

IMG_3488.JPG

IMG_6964 Pamukkale.jpg

IMG_6965.JPG

IMG_6967 Pamukkale.jpg

Na szczycie wzgórza koniecznie należy (za niewielką opłatą) popluskać się w goracym źródle z bogatą w minerały wodą. Do tych leczniczych wód zjeżdżali się królowie, moczyli do oporu swoje skóry i pewnie przy okazji spiskowali. Skoro sama Kleopatra się tam pluskała, to co, my gorsi?

IMG_6934.JPG

IMG_6935.JPG

Na miejscu jest do dyspozycji pompa ręczna, którą można napełniać najpierw swoje butelki, potem brzuchy, wylegiwać się na leżakach w pobliżu darmowych sanitariatów i prysznica.

IMG_6925.JPG

IMG_6924.JPG

To wspaniała okazja wielogodzinnej absorbcji przez gardło i skórę drogocennych minerałów. Leżakowanie pod palmą jest bezpłatne, tak więc jeśli ktoś preferuje suche środowisko, to obsługa nie wyrzuca z leżaka do wody. Jest to sposób na spędzenie wolnego od obowiązkowego zwiedzania (niektórzy tego nie lubią) czasu. Na miejscu jest co zjeść, wypić, kupić pamiątkę – jak to na basenie. Jest czysto, miło, można wynająć szafkę na bagaż, kupić pamiątkę. Polecam.
Powyżej źródła dużą powierzchnię zajmuje muzeum i to co pozostało z Hierapolis po kolejnych trzęsieniach ziemi. Obok można posiedzieć w amfiteatrze, pogapić sie na innych, popstrykać wszystko dookoła, a koneserzy w skupieniu podziwiać kolumny i rzeźby.

IMG_3540.JPG

IMG_3537.JPG

Uważam, że to miejsce jest prawdziwą gratką dla miłośników antycznej historii i sztuki. Takim jak ja, daje możliwość zerwania się z nudnego snucia się pomiędzy kamieniami. Tuż obok, z północnej strony za pieknym parkiem, można się potaplać w sadzawkach błotnych udając bawoła. Mamy tu dwa w jednym – zabawa i rekreacja. Szczególnie zadowolone są dzieciaki. Po raz pierwszy mogą się brudzić do woli nie narażając się przy tym rodzicom.

IMG_3556.JPG

IMG_3559.JPG

IMG_3566.JPG

IMG_3567.JPG

Cały teren jest ogrodzony siatką, nie ma więc mowy o wejściu z którejkolwiek strony bez wykupienia wejściówki. Ach te moje cwaniackie nawyki, ale pracuję nad tym😊.
Wejścia są trzy, jedno od strony miasta dla w miarę sprawnych, którzy musza pokonać około 300 metrów na bosaka. Peeling na szorstkim wapieniu, kąpiel stóp w bezbąbelkowej wodzie mineralnej spływającej ze źródła Kleopatry, bardzo intensywne, niejako wymuszone opalanie na tle białych skał, wielogodzinne leżakowanie w pięknym parku, atrakcje dla miłośników grobowców i potencjalnych nekromantów oraz zabawa w błotnego bawołu – all inclusive w cenie jednej wejściówki. Jak dla mnie super sprawa. Takie wesołe miasteczko dla dorosłych. Nie muszę chyba dodawać, że błotko w specjalnych do tego celu basenikach ma uzdrawiające właściwości. Niektórzy wtajemniczeni (jak ja) kupują taką glinkę w sąsiednim Karahayit i po powrocie do kraju rozdają w rodzinie. Bardzo pomaga w przypadku problemów dermatologicznych, a i panie dbające o swoją cerę są zachwycone. O tym wspomnę jeszcze w części poświęconej Karahayit.

Wycieczkowicze z Denizli, dowożeni są autokarami od strony zachodniej na duży parking. Wejście eleganckie, podobnie jak to od strony miasta umożliwia płatność kartą. Mniej sprawni lub leniwi mogą tam podjechać taksówką. Osobiście jako nieobliczalny tropiciel śladów i zwiadowca (no i oczywiście ze względów oczywistych), zdecydowałem się na ekologiczny zwiad, czym straszliwie naraziłem się oczekującym na wylotówce taksówkarzom. Choć to odległość zaledwie 2 do 3 km. zostałem postraszony 8 kilometrowym, niebezpiecznym dla zdrowia (ze względu na potencjalny udar) marszem w upale. Dzielny trampmad nie dał się jednak zastraszyć i na własnej skórze doświadczył zderzenia z masą parkujących autokarów, i olbrzymią falą ludzi. To nic dla mnie.
Pewna kategoria ludzi nie może pojąć, że wygoda nie jest jedynym kryterium którym się mogą kierować inni. A co jeśli jestem masochistą? Wolno mi? Wolno. Mamy demokrację czy nie? To o co chodzi? Zeszłego roku na dworcu Sants w Barcelonie pytam o radę przygodnego przechodnia, jak dojść do Placu Katalońskiego. Mówił jedynie po katalońsku a ja po hiszpańsku. Moja znajomość hiszpańskiego, ograniczona do słów „caramba” i „czupakabra”, oraz wspomagającego gesty symbolizujące chodzenie na piechotę na nic się tu nie zdały. Słowo „metro” było jedyne które obaj rozumieliśmy, a przy którym się upierał mój informator. Na piechotę za daleko i już, „metro” i „metro”. Zupełnie jak prezes. A ja miałem akurat bardzo dużo czasu do przylotu samolotu na który czekałem i chciałem się poszwędać po mieście. Na piechotę, o zgrozo!
Podobna sytuacja mnie spotkała w Pamukkale. Nie gustuję w gotowych rozwiązaniach. Np. w sprawach dobierania mi posiłku. W mieście nie znalazłem ani jednego sklepu z żywnością. Owszem, widziałem jakieś butiki z aspartamem rozcieńconym w wodzie, zabójczymi czipsami i jakimiś marsami, ale to na tyle. Nawet owoców nie zdołałem znaleźć. Wyglądało mi to na jakiś spisek, mający zapędzać „obcych” do restauracji. Na pytanie gdzie mogę kupić jakąś żywność, wskazywano mi najbliższą knajpę. Knajpa i knajpa, a ja mam ochotę na bułkę, pomidora, kawałek sera i jogurt. Na jakimś kamieniu, na powietrzu, z widokiem na góry, a nie zgięty pod kątem prostym, przy stole z białym obrusem i metalowymi instrumentami do obsługi ust. A może mam klaustrofobię. I wszystko oczywiście z mięsem, bo na sałaka tylko do dania konkretnego. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?” Znalazłem wreszcie miłą rodzinkę która w piwnicy mi pitrasiła pod mój gust.
Trzecie wejście od strony północnej (za bawołami błotnymi) jest bardzo skromne i jeśli dobrze pamiętam pełni rolę diody, tzn. można jedynie wyjść. Ruch na lokalnej drodze jest sporadyczny, więc powrót do miasta ratuje jedynie auto-stop.
Poważnie zainteresowanym dedykuje pomocne linki celem ustalenia dokładnego położenia na mapie.
[Pamukkale i Hierapolis] (https://www.google.fr/maps/@37.9183259,29.1228998,15.01z?hl=en)
Właściciele miejscowych hotelików, dyskretnie wystawiają w widocznym miejscu, tzn. najczęściej restauracji, stosy dywanów, skarpetek, skór, makat, czapek, kapci i czego tam jeszcze, produkowanych przez żeńską część rodziny. Panowie są od wyższch celów, czyli marketingu, sprzedaży, przypadkowego zatrzymywania samochodu przewożacego turystów w zaprzyjaźnionej hurtowni tekstylu (w której akurat dziś jest wyprzedaż), piciem herbaty ze znojomymi i ogólnie urabiania klienta. Towar jest fajny, ceny przystępne, obsługa miła ale jest problem z transportem. Żeby wcisnąć taki dywan do plecaka musiałbym się pozbyć śpiwora. Gdyby nie problem z transportem fajnie można się obkupić.

Karahayit
Polując na „magiczną”, uzdrawiającą glinkę trafiłem do oddalonego o 5 km. Karahayit. Co prawda ktoś mi powiedział, że jakość tej z bawolej kałuży jest identyczna, ale ponieważ działałem z polecenia, nie zmieniłem zdania. Co jakiś czas (niezbyt długi) kursuje pomiędzy miasteczkami busik. Okazuje się, że całe Karahayit jest zasilane podobnymi jak Hierapolis źródłami. Do tego stopnia, że miejscowi oferują pokoje z możliwością kąpieli w specjalnie do tego celu zbudowanych studzienkach w samym domu. Poza tym Karahayit, jako miejsce mniej turystycznie popularne, oferuje niższe ceny niż w Pamukkale. Każdy hotel ma basen z wodą mineralną, bo jak mi się wydaje innej tam nie ma. I co na mnie zrobiło największe wrażenie, że na głównym deptaku, wzdłuż całych Krupówek ciągnie się bazar z wszystkim czego człowiek potrzebuje. Mydło, powidło, proszki do prania, szmatki, szmateczki, pamiątki, warzywa i upragnione przeze mnie owoce, jogurty i pyszne pieczywko. Niezależnie od tego, w centrum wioski (?) rozstawiony jest potężny, przypominający beduiński namiot z techniką, sprzętem kuchennym, ubraniami, itp. Z zewnątrz wygląda badziewiato, ale towar (przedmioty do sprzedaży) tam mają dobry i tani.

IMG_3582.JPG

IMG_3585.JPG

IMG_3595.JPG

IMG_3600.JPG

IMG_3599.JPG

Idealne miejsce na urlop z rodziną.
Karahayit
Street View umożliwia rozejrzenu się po miasteczku.

Wszystkie zdjęcia autorstwa Canon EOS 1000D.
Aby dokładniej obejrzeć któreś ze zdjęć, proszę wcisnąć prawy przycisk myszy i wybrać opcję Open Image in New Tab.

KOMENTARZE

  • saunter

    Byłem w Turcji niemal miesiąć a ominąłem Pamukkale, widzę że pomimo zalewu turystów to chyba jednak jest czego żałować! Dzięki za wpis :)

  • sp-group

    Twój post został podbity głosem @sp-group. Kurator- @julietlucy.

  • tomii

    Super, że mi przypomniałeś o Pamukkale. Dzięki temu mam pomysł do konkursu podróżniczego @suchy w temacie #2 Opisz jedną z najdziwniejszych sytuacji, która spotkała Cię w podróży. Ale tam miałem akcję z transportem. Miejsce super, ale dojazd tam niezłe jaja. Pozdrawiam

  • veggie-sloth

    Co do selfików sprawa jest nieco bardziej niejednoznaczna. Tak mi się wydaje. Mordy przyciągają wzrok, więc jeżeli komuś zależy na zwróceniu uwagi, a dodatkowo ma czym tę uwagę zwracać to jest to dosyć prosta droga do, przynajmniej częściowego sukcesu. Niektórzy żyją ze swojej twarzy, więc siłą rzeczy muszą ją eksponować - wszedzie :) Drugą sprawą są głaski :) Lubię tę teorię. Większość z nas lubi być doceniana, podziwiana i chwalona - dostawać głaski zamiast bęcków :) To, że niektórzy wybierają najprostrzą drogę, chociaż też najbardziej powierzchowną to może być wynik choćby niedoceniania przez rodziców czy nauczyeli, albo też najzwyklejsze komplekty, które każdy z nas ma. Jedni leczą je nie pokazując siebie zupełnie, a inni w nadmiarze :D