BLOGCZEJNalpha

Leniwiec odlatuje (2): Sri Lanka - trzy noce w Kandy

20171129_152123.jpg

Deszcz to standard na Cejlonie - wiele razy podczas naszego wyjazdu padało. Najczęściej są to krótkie, półgodzinne opady i dzięki nim Sri Lanka mieni się wszelkimi odcieniami zieleni roślin, które rośną wszędzie. Jeszcze w pociągu zastanawialiśmy się, jak dotrzeć do naszego hoteliku. Na mapie wszystko wyglądało prosto: ok. 2-3 km, w prawo za dworem i prosto. Pomysł, by przejść ten kawałek był kuszący, na szczęście deszcz uratował nas przed tą błędna decyzją.


Pierwszą część relacji z wyprawy na Sri Lankę znajdziecie tutaj



Rzeczywiście dystans może nie był zbyt duży, jednak cały czas pod górę, czego nie widzieliśmy, dodatkowo pośród ciemności, bo oświetlenie uliczne to tam rzadkość. Jazda tuk tukiem spod dworca zajęła prawie 20 min., a motorek męcząc się, rzęził z całych sił. Dodatkowo miejsce naszego noclegu było nowe i słabo znane, więc kierowca miał problem z trafieniem i musiał się pytać jak trafić. W końcu udało się. Na miejscu szok.

Hotel okazał się małym apartamentem przy prywatnym domu, który jednocześnie pełnił rolę sklepu. Takie 3 w 1. Dwa pokoje, kuchnia i taras - wygodne kanapy, pyszne jedzenie i widok z balkonu na piękna zieloną panorame okolic Kandy - tylko dla nas!

20171202_091709.jpg

Po pierwszym szoku trzeba było pójść coś zjeść. Wtedy dopiero zobaczyliśmy jaka droga przed nami. Schodzenie było proste, choć trochę niebezpieczne. Brak chodników, ciemność (trzeba wszędzie latarki brać) i nadjeżdżające tuk tuki z każdej strony nie ułatwiały spaceru. Przystawkę zjedliśmy w street barze. Było to coś w rodzaju samosów. S. wzięła dla siebie pieróg z rybą, ale nie było to zbyt smaczne, więc niestety wylądował w koszu. Samosy z warzywami były ostre i pyszne.

Zeszliśmy do centrum Kandy. Chcieliśmy przez chwile poczuć miasto, jego klimat.Przy hałaśliwym Colombo, Kandy wydaje sie mieściną o 3 ulicach, a przeciez to jedno z największych miast na Sri Lance. Jednak, jak to w większości azjatyckich miast, cały przemysł i biznes skupia się przede wszystkim w stolicy.

20171130_140824.jpg

Ząb Buddy

Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Świątyni Zęba Buddy. O historii tego miejsca i samej legendzie o zębie warto poświęcić osobny artykuł. Samej relikwii niestety nie widać, jest ona ukryta. W świątyni znajduje się kopia zęba, oryginał jest trzymany w znanym tylko kilku osobom miejscu. Od setek lat ulicami co roku ulicami Kandy przechodzi procesja z zębem (oczywiscie kopią).

IMG_1188.JPG

IMG_1181.JPG

Złożyliśmy kwiaty lotosu w ofierze i dalej do pałacu królewskiego (ruin) i muzeum buddyzmu, gdzie sala po sali przedstawione różne formy i obrządku, od Chin przez Indie, aż po Koreę, Japonię i Indonezję. Szukałem Tybetu, ale został on włączony do buddyzmu chińskiego. Jako wybitny znawca buddyzmu (proszę gromki śmiech!) tłumaczyłem S. jak tylko umiałem, o co w tym wszystkim chodzi, bo jak sama stwierdziła, miała kompletnie mylne pojęcie na temat tego bajzlu.

IMG_1206.JPG

P71130-153213.jpg

IMG_1212.JPG

Tamara

Po powrocie do hotelu, znaleźliśmy na stoliku zeszyt z rekomendacjami (taka świecka tradycja na Cejlonie). Polecał on usługi przewodnika i składał się z wpisów turystów z różnych stron świata, z Polski również. Wszyscy przewodnika, pana Tamare oczywiście bardzo polecali. Mimo, że dobiegała godz. 20, zadzwoniliśmy pod wskazany numer telefonu i o dziwo udało się umówić na wycieczkę objazdową po okolicznych atrakcjach.

Rano nasz przewodnik czekał na nas pod domem. Oczywiście spóźnieni, bo za długo jedliśmy pyszne śniadanie, przygotowane przez naszych gospodarzy, pojechaliśmy na początek do fabryki herbaty, gdzie pośród tłumu z całego świata i pięknego zapachu, pani pokazywała nam cały proces fermentacji, suszenia itp. Tamara powiedział nam podczas drogi, że to jedna z najlepszych fabryk herbaty na Sri Lance, co oczywiście wzięliśmy za turystyczną ściemę. Sprawdziłem to potem, zarówno Tripadvisor, jak i w innych serwisach podróżniczych - miał rację :)

Zapach herbaty i olejków

Fabrykę zwiedza się za darmo, oczywiście potem można skorzystać ze sklepiku i nabyć ślicznie zapakowaną herbatę, co oczywiscie uczyniliśmy. Obowiązkowym elementem jest również degustacja. Herbata była smaczna. Jak to herbata. Nie jestem koneserem, ale przyzwyczaiłem się w Polsce do picia porządnej herbaty, a nie lury z supermarketu. Jednak napicie się jej w pachnącej liśćmi fabryce to atrakcja sama w sobie!

20171201_121144.jpg

Drugim punktem programu było muzeum kamieni szlachetnych - zasada ta sama, zwiedzanie za free, potem możesz coś kupić, albo i nie. Muzeum to może zbyt wiele powiedziane. Było to po prostu całe piętro zakładu obróbki kamieni, przerobione na salki wystawiennicze. Trochę zieeeeew..

Dużo lepiej prezentował się ogromny ogród botaniczny, oddalony nieco od Kandy. Dwie godziny nie wystarczyły nam, by się to ogarnąć ten teren. Był to cudowny spacerek, który zakończył się prawie biegiem. Ilość gatunków roślin zupełnie nie znanych w Europie zadziwiała. Co chwilę nasze dyskusje z S. przerywane były moimi okrzykami: O! zoba zoba jakie to ładne! :) Szczególnie zachwyciło mnie drzewo pełne nietoperzy, lasek bambusowy i dziwnie wygięte drzewa. Koniecznie odwiedźcie to miejsce podczas pobytu w Kandy.

20171201_144250.jpg

20171201_144327.jpg

Po tym biegu po parku czas na masaż czyli wizytę w salonie ajurwedyjskim. Ta starożytna indyjska tradycja jest bardzo żywa i popularna na Sri Lance. Panie nas wymasowały delikatnie nasze białe, jeszcze nie opalone ciała, a na koniec wsadziły każde z nas do jednoosobowej sauno-trumny, by ciało nagrzało się wonnymi olejkami. Nie powiem, by było to uczucie ekstatyczne, ale rzeczywiscie było calkiem przyjemnie.

20171130_191826.jpg

Pokraczni tancerze

Po przyjemnościach ciała czas na strawę ducha, czyli tańce zespołu ludowego. Nie spodziewałem się królewskiego zespołu tanecznego, jednak konkluzja po 45 minutowym spektaklu była jedna: tancerze i muzycy powinni jeszcze nieco poćwiczyć i zrzucić nieco kilogramów. Kolorowe ubranka i postawienie wszystkiego na barkach dwóch sprawnych solistów nie wystarczy. Wyglądało to mniej więcej tak:

https://www.youtube.com/watch?v=V3k1D4nZrBo

Tańce ludowe zakończyły się bieganiem po rozżarzonych węglach (ziew) i w końcu można było iść coś zjeść, bo po całym dniu atrakcji głód i zmęczenie dały się we znaki. Wybraliśmy polecaną przez Tamarę knajpkę z kuchnią indyjska, która zbytnio nie różni się od lankijskiej, a może lepiej napisać odwrotnie. Kuchnia na Sri Lance to ułamek bogactwa kuchni z Indii. Jedzenie na wyspie jest raczej monotonne i składa się głównie z ryżu z dodatkami. Pyszne, ale jednolite.

Kokosowy arak

Czas było wracać do naszego hoteliku. Po drodze zahaczyliśmy oczywiscie po flaszkę, niewielką, bo rano czekał nas autobus do następnego miejsca, ale na wakacjach konieczną :) Kręciliśmy tuk tukiem Tamary po wąskich uliczkach, aż zajechaliśmy do podziemnego parkingu, gdzie znajdował się monopolowy. Ponure miejsce. By dojść do okienka trzeba było przedrzeć się przez stado lokalnych pijaczków, którzy we mnie zobaczyli bankomat. Tamara jako mój ochroniarz okazał się bardzo pomocny. Na Sri Lance alkohol nie jest dostępny w każdym sklepie spożywczym. Zakratowane sklepy, specjalnie nie oznaczone, znajdują się w bocznych uliczkach, albo nieco schowane przed okiem przechodniów. Kobietom zupełnie nie pozwala się kupować w takich sklepach. Alkohol jest również drogi. Szczególnie w porównaniu do zarobków Lankan. Szczególnie polecamy kokosowy arak, coś na modłę whisky. Nie powiem, całkiem porządny alkohol.

20171130_224928.jpg

Po 12 godzinach wyprawy po lokalnych atrakcjach Kandy wróciliśmy do naszej przystani. Czas było rozliczyć się z naszym przewodnikiem. Nie pamiętałem już na ile umówiliśmy się przez telefon dzień wcześniej. Zresztą jego angielski był czasami trudny do zrozumienia. Za cały dzień poprosił 1500 rupii czyli wtedy jakieś 9$. Dostał 2500. I to stało się dla nas standardem, prawie zawsze płaciliśmy miejscowym więcej niż prosili. Dla nas to niewielka różnica, a dla nich spora.

Następnego dnia Tamara czekał na nas pod drzwiami, by zawieźć nas swoim oklejonym wizerunkami Boba Marleya tuk tukiem na dworzec autobusowy. Oczywiście za nic w świecie nie chciał od nas pieniędzy za podwózkę.

Zapomniałem donieść, że drugiego dnia nieopatrznie zostawiłem otwarte drzwi balkonowe w hotelu. Zajęty czytaniem newsów, nie zauważyłem ogromnego małpiszona, który siedział na stole i zajadał nasze śniadanie. Gdy tylko zauważył mój wzrok czmychnął przez otwarte drzwi na dach. I tyle go widziałem. Był także posądzony o kradzież biżuterii S., na szczęście ta znalazła się w otchłani damskiej torebki ;)

Następny przystanek: Polonnaruwa. Relację znadziecie tutaj.

Zdjęcia S. oraz moje

KOMENTARZE

  • es4travel

    Bardzo fajny post :) czy deszczowo jest tam zawsze, czy są jakieś konkretne miesiące?

  • rado21ste

    Świetna wyprawa!