BLOGCZEJNalpha

Leniwiec odlatuje (1): Sri Lanka - łza Indii okiem backpackera

20171128_130918.jpg

Podróż na Sri Lankę zaczęliśmy w mroźna listopadową niedzielę. Spakowani najlżej jak się dało i gotowi na wysokie temperatury, wyruszyliśmy autem do Pragi, skąd startował samolot. Czemu Sri Lanka? W zasadzie nie wiedzieliśmy. Rok wcześniej z S. wpadliśmy na ten pomysł w zasadzie bezrefleksyjnie i tak powstał Wielki Plan.

Plan połowiczny, bo trasa naszej dwutygodniowej podróży zaplanowana była do połowy. Potem postanowiliśmy dać się porwać nieznanemu.

Wyjechaliśmy o północy, by bez problemu zdążyć na 4 rano na lotnisko. Lot do Amsterdamu mieliśmy o 6.00. Tam 2 h czekania, czyli czas w sam raz, by się nie nudzić i zmienić spokojnie terminal czy bramkę. O 10 rano siedzieliśmy już na pokładzie pięknego Dreamlinera, otoczeni holenderskimi stewardesami (średnia wieku 50 lat ;). Przynajmniej gwarantowało to duże doświadczenie w obsłudze pasażerów. Czekał nas 9 godzinny lot do Kolombo, stolicy Sri Lanki.

20171127_142009.jpg

Był czas na odespanie nocnej jazdy samochodem, zjedzenie czegoś (nawet nie najgorszego jak na samolot, bez porównania lepszego niż paskudne brytyjskie jedzenie, które dostałem kiedyś w równie długim locie do RPA). Dodatkowo open bar: wódka, piwo, whiskey. przekąski, lody... Głównie jednak przespaliśmy lot, patrząc co jakiś czas za okno, by napawać się światem wysoka. Przynajmniej póki nie zapadnie zmrok, co w tym przypadku nastąpiło na samym zaraz u granic Iranu, więc dalsza część lotu przebiegała w mroku, rozświetlonym czasami światłami miast. Skąd wiem nad czym lecieliśmy? Pomagał mi oczywiście ekran dotykowy. Zamiast oglądać filmy, układać sudoku, czy choćby wejść na wewnętrzny chat z innymi pasażerami, w każdej chwili przytomności wgapiałem się w tryb to śledzenia na żywo trasy loty, z wieloma parametrami jak wysokość, temperatura czy prędkość. Dla mnie, miłośnika danych technicznych było to lepsze niż najnowsze odcinki Gry o tron.

20171127_120759.jpg

Lądowanie nastąpiło prawie o północy lankijskiej strefy czasowej, +5.5 h, czyli ok. godziny 19 czasu w Polsce. Oprócz odbioru plecaków, czekała nas na lotnisku wymiana dolarów, formalność wizowe (wizę mieliśmy kupiona online, ale i tak trzeba było swoje odstać w kolejce). Temperatura na zewnątrz 23 stopnie, a jeszcze kilkanaście godzin wcześniej jechaliśmy wśród śnieżnej zamieci w Karkonoszach.

Nasza uwagę zwróciła ogromna ilość sklepów AGD na lotnisku. Zaraz po wyjściu z samolotu można kupić zmywarkę, pralkę czy kuchenkę mikrofalowa. Po co? Długo nad tym myślałem... Odpowiedzieć przyszła sama kilka dni później, gdy nieco lepiej poznałem ten kraj. Okazało się, że wielu Lankan pracuje na zmywaku w Dubaju, Katarze czy też Arabii Saudyjskiej. Przyjeżdżają do kraju z dolarami, zarobionymi na saksach i jak tylko wyjdą z samolotu robią szalone zakupy AGD. Jest w tym jakiś sens. Zastanawiałem się tylko, jak potem tę pralkę biorą do domów. Może tuk tukiem? :)

20171128_122259.jpg

Jako, że jesteśmy oboje leniuchami, a i nie chcieliśmy w nocy zgubić się w nowym mieście, na lotnisku czekał na nas kierowca hotelowy, który wiózł nas kolejne 40 km do centrum stolicy. W Polsce taką odległość pokonujesz w 40 minut, na Sri Lance zajmuje to ponad 2 razy tyle. W okolicach drugiej w nocy byliśmy w hotelu, znajdującym zaledwie 1 km od dworca kolejowego w Kolombo. Stamtąd następnego popołudnia mieliśmy zaplanowany pociąg do Kandy i zależało nam, by było blisko.

No tak... Wszystko pięknie i ładnie, ale dla nas była dopiero 21, więc noc jeszcze młoda. Dookoła wszystko już spało, łącznie z obsługą w recepcji naszego hoteliku, a my wyspani po locie, z jet lagiem... Z pomocą przyszła flaszka żubrówki, którą S. przywiozła ze sobą... Ta to ma dobre pomysły! :)) Lekko ululani ciepła wódka, zasnęliśmy ok. 6 rano, wiedząc, że ok. 11 powinniśmy się ewakuować z hotelu (na szczęście, dzięki booking.com mogliśmy przedłużyć dobę hotelową do 13).

20171128_122235.jpg

O dziwo, pobudka przebiegła gładko, choć nagle. Zbudził nas śpiew muezina z pobliskiego meczetu. Gdy zobaczyliśmy za dnia okolice z 6 piętra hotelu, okazało się że znajdujemy się wśród katolickich kościołów, świątyń hinduistycznych i kilku meczetów, sklepów, stoczni, straganów i syfu miejskiego w niemalże indyjskim stylu. Trochę fajnie, trochę straszne...

20171128_134909.jpg

20171128_135406.jpg

20171128_134018.jpg

Trzeba było wykorzystać czas, który nam pozostał do odjazdu pociągu na spacer i poczucie zapachów miasta (nie zawsze tylko tych miłych) oraz oczywiście mały obiad (pierwszy ryż z curry). Odwiedziliśmy też ciekawy meczet, a nawet weszliśmy do środka. Każde z nas oczywiście do części przeznaczonej dla swojej płci.

20171128_124949.jpg

20171128_141622.jpg

Centrum Kolombo nie należy do najpiękniejszych miejsc. Hałas stoczni, ruchu ulicznego i trąbiących tuk tuków, łączy się tam z zapachem zepsutych owoców, zwierzęcych odchodów i słodkawych kadzideł.

Plan zakładał, by o 15.30 wsiąść do pociągu do Kandy, gdzie mieliśmy zostać kilka najbliższych dni... Czemu jechaliśmy pociągiem? Bo to jedna z atrakcji Sri Lanki. Jedzie się przez piękne lasy, pola ryżowe. Wśród jezior i pól herbacianych.

P71207-113550.jpg

Kandy leży w najwyższym rejonie Sri Lanki. Może góry to nie są, ale jest tam chłodniej niż w reszcie części kraju. Sam pociąg wolno wspinał się po torach, a odległość 150 km między Kolombo i Kandy pokonuje się w jakieś 4 h. Pociąg ma 3 klasy. My wybraliśmy pierwszą, czyli najwyższą, ale i tak bardziej przypominała ukraińską drezynę niż pendolino. W klasie trzeciej nie ma miejsc siedzących, można tylko stać. Druga klasa wygląda zupełnie tak samo jak pierwsza. Mieliśmy nawet miejscówki, jednak nasze drewniane siedzenia były już zajęte. Co gorsze przez dzieci. Dla S. to nie problem, wzięła dzieciaka na kolana i zaczęła się z nim zaznajamiać. Bariera językowa nie stanowiła problemu.

20171128_155603.jpg

Jechaliśmy w zapatrzeniu. Za oknem przemykały obrazy pięknej soczystej zieleni o wielu odcieniach. Ludzie pracujący jeszcze na polach lub kąpiący się w jeziorach. Stada zwierząt, nie w zagrodach, ale swobodnie chodzących po lekko podmokłym terenie.

P71203-161129.jpg

Jeszcze w Kolombo złapał nas krótki deszcz, jak to na Sri Lance. Jednak pod koniec jazdy pociągiem rozpadało się na dobre. Po godz. 17, w strugach deszczu, pociąg przyjechał na dworzec w Kandy, dawnej stolicy Sri Lanki.

cdn

Zdjęcia S. oraz moje

Jeśli podobają Wam się moje relacje z podróży, zapraszam już wkrótce na więcej. Zobaczcie również:

Wśród wód botswańskiej delty, czyli spotkanie Richardem i jego mokoro
Budda, wizje, potwory i spółka - czyli Leniwiec idzie do muzeum

KOMENTARZE

  • pibyk

    Mi też Cejlon chodzi po głowie od pewnego czasu, choć ostatnio "przegrał" z Wietnamem, ale jest następny w kolejce więc przeczytałem Twój post z dużym zaciekawieniem.