BLOGCZEJNalpha

Pusty śmiech – czyli dlaczego powinniśmy mieć prawo do obrażania wszystkiego co się rusza bądź nie jest w stanie uciec

Ktoś powiedział kiedyś, że absurd jest wtedy, kiedy nasze naturalne, ludzkie oczekiwania, zderzają się z twardą ścianą rzeczywistości – a reakcją na absurd jest śmiech.

Ludzie przez setki lat rżeli z wszystkiego i wszystkich. Śmiech rozładowuje napięcie, potrafi zbliżyć ludzi, przybliżyć i oswoić, w dość łatwy sposób, skomplikowane problemy – i nabrać do nich dystansu.

Śmiech to chwila przerwy od absurdu rzeczywistości – sposób na to, żeby zaśmiać się pustce prosto w jej przerażające ryło nabite zębami, patrzące na nas oczami pełnymi nicości. Żyjemy bez celu, robiąc innym i samym sobie na złość – a skoro już tutaj jesteśmy, to czemu obrzydzać sobie te krótkie chwile i napełniać je goryczą?

Gówno słyszę, sram uszami – miałem pecha urodzić się z 80% niedosłuchem, bez odpowiedniego sprzętu nie obudzi mnie nawet salwa honorowa zaraz nad moim uchem. Czy jakkolwiek mi to przeszkadzało? Nie – nie ma problemu którego nie przeskoczy, albo nie obejdzie się, odpowiednią ilością pracy i czasu.
Nie przeszkadzają mi żarty, czy śmieszki za moimi plecami (w odpowiedniej odległości oczywiście, tak żebym ich nie usłyszał). Gdybym nie nabierał – w ten sposób – dystansu do siebie, nie pracował ciężko nad swoją wymową, rozpoznawaniem mowy, nie ćwiczył angielskiego i innych umiejętności, słowem – kompletnie zaniedbał Praktyczną Wiedzę i skrzywił swoją cnotę Sprawiedliwości – gniłbym w swojej całkiem dosłownej piwnicy, całkiem możliwe, że dalej zapieprzając za mniej niż najniższą krajową.

Zamiast wyobrażać sobie idealny świat z idealnymi ludźmi, uważam że powinniśmy być jak najlepsi w nieidealnym świecie – a tylko osoba która wywołała dobrą zmianę w sobie, jest w stanie wywołać dobrą zmianę wśród innych.
Perfekcyjny świat to święto ruchome – każdy ma inną wizję tegóż, a świat jest pełen faszystów którzy chcieliby decydować co myśleć, gdzie i jak.

Śmiejmy się światu w mordę!

Śmiejmy się z Trumpa, z Hillary, z Kaczyńskiego, grubych, chudych, znajomych bliższych i dalszych, z odchodów, masturbacji (ale nie z Torunia – pochodzenie z Torunia to straszna choroba i nie powinno się z niej śmiać. Naprawdę, ludzie, są jakieś granice, opamiętajcie się)... i przede wszystkim z samych siebie.
Śmiech zbliża – a nic bardziej nie ośmiesza, niż opowiedzenie nieśmiesznego żartu.

Mam dwa żelazne fundamenty, twarde jak ręka dyktatora, na których opieram swoją opinię.

Pierwszym argumentem jest Wolność – najbardziej abstrakcyjna koncepcja na jaką można wpaść.
Czym jest wolność?
Rozważmy libertarianina który jest idealną kulą o promieniu 0,89 metra i masie 300 kilogramów. Libertarianin ów będzie perfekcyjnie wolny jeśli w nieskończenie dużej przestrzeni nie znajdzie się żaden inny obiekt który będzie na niego oddziaływał. Wówczas - w nieskończenie wielkim i pozbawionym innych ciał układzie - libertarianin będzie nieskończenie wolny.

W życiu nie ma tak łatwo, bo o ile łatwo uzyskać odpowiednią sferę, to trochę trudniej z właściwym układem.

Wolność to granica przebiegająca przez nasze głowy, nie fizyczny brak możliwości. Przykładowo - teoretycznie środowisko ogranicza mnie i gdybym chciał wziąć młotek po czym atakować nim przypadkowych przechodniów, to nie byłbym w stanie tego zrobić. Mam MOŻLIWOŚĆ by to sprawić, ale nie mam WOLNOŚCI by tego dokonać - bo jest ograniczona przez środowisko.

Gdybym znalazł się samotnie na jakiejś planecie pozbawionej ludzi i chciałbym przekształcić ją w wypalone pustkowie to MÓGŁBYM to zrobić i BYŁBYM WOLNY by tego dokonać. Nie ograniczałoby mnie nic poza mną samym i warunkami środowiskowymi - mógłbym zrobić WSZYSTKO i nikt nie byłby w stanie mi tego zakazać.

Wolność w libertariańskim pojęciu wolności jest bardzo, bardzo cwana. Każdy człowiek ma przestrzeń osobistą, może robić wszystko co nie szkodzi drugiej osobie, a jego wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się wolność drugiego człowieka - a to dotyczy także własności prywatnej (która wśród libertarian jest powiązana z wolnością osobistą). Może nie jest to system sprawiedliwy, ale bardzo równy.

Jednak ogranicza twoją wolność - innymi ludźmi. Nie masz wolności żeby zostać dyktatorem, nie możesz więzić innych ludzi, nie możesz do nich strzelać (no, w większości przypadków). Jesteś ograniczony przez innych ludzi, cały czas, nieustannie.

Zawsze ktoś będzie miał władzę - nieważne czy to urzędnik w okienku, pan z Prudentialu (który wyjebałby Cię bez żalu), twój szef, najemca czy facet który wybiera mapę w CSie - zmienia się tylko sposób w który ratyfikują swoje prawo do władzy.

Nie jestem libertarianinem, ba! Nawet mi do nich daleko – jednak ich podejście do wolności (nie jedyne!) jest najbardziej równe (acz niesprawiedliwe).
Zgodzę się z nimi w jednej kwestii – powinniśmy dawać ludziom tyle wolności, ile tylko mogą.

Niech każdy będzie kim chce! Niech każdy myśli co chce – nieważne jak brzydka, wulgarna, obrzydliwa czy przerażająca myśl zakorzeni się w jego głowie, ma prawo do własnych poglądów, nawet najbardziej chamskich jak to możliwe.

Nie mamy prawa ograniczać tego co inni myślą i mówią – nie ma nic bardziej obrzydliwego niż pozwolenie swojemu wewnętrznemu zwierzęciu ruszyć na żer, naruszenie swojej władzy – wpływu na świat – by próbować kształtować innych na swój wzór i podobieństwo.

To aksjomat! Zakrzykniecie. I owszem, jest to aksjomat.
Żyjemy w świecie opętanym przemocą. Wszystko na pewnym poziomie składa się z przemocy. Budując musisz uskuteczniać przemoc względem desek i kamieni. Ratując kogoś od raka wobec tkanek zewnętrznych i samego raka.... a potem jego samego. Piszę to poprzez przemoc wobec klawiszy.

W świecie pełnym przemocy musimy wyznaczyć granice.

Dla mnie tymi ramami jestem ja sam – moje własne ciało, mózg, przekonania, cztery ręce, mięso, szkielet. Chcę mieć prawo mówić co chcę i jak chcę – nawet jeśli oznacza to, że inni robią dokładnie to samo. Chcę robić ze sobą co tylko zechcę, być kim chcę i jak chcę – nawet jeśli oznacza to, że inni niezależnie też będą sobą. Nie jesteśmy idealni i nie jesteśmy równi – i to jest nasza największa siła, potęga różnorodności, tego że każdy z nas potrafi inaczej podejść do różnego rodzaju problemów.

Nie jesteśmy nikim specjalnym.

Świat nie kręci się wokół nas.
Całe życie to proces umierania. Kocham świeże powietrze, kocham swoje zdrętwiałe członki, nieidealne ciało, zachwycam się każdą chwilą bólu i rozkoszy jaką ma do zaoferowania ten świat.

Każdy dzień naszego życia może być dniem ostatnim. W jednym momencie siedzimy sobie spokojnie przy komputerze, popijając herbatę, w następnym przez okno wpada tramwaj szablozębny i rozrywa nas na kawałki zanim zdążymy pisnąć słówko sprzeciwu. W proch obrócił się Arystoteles, Sokrates nie obrośnie już w pióra, ostatecznie zakończył swe dialogi archeolewak Platon, zmarł obrzydliwie bogaty Seneka, zdradzony przez swojego własnego wychowanka, a Aureliusz zostawił po sobie tylko garść rozmyślań i szalonego syna. W życiu pewne są dwie rzeczy – śmierć i podatki – chociaż co do podatków nie wszyscy są zbyt zgodni.
Świat jest pogmatwanym miejscem. Wokół nas rozciąga się wściekle wielka sieć tysiąca powiązań, ciągle mutująca i na swój sposób żywa. Nie mamy wpływu na działania innych ludzi czy prawa natury – mamy jednak wpływ na to, jak sami zachowamy się w obliczu zmian i jak się do nich przygotujemy.

I czy lepiej być niestabilnym okrętem, rzucanym falą, którego każde dotknięcie zewnętrznego świata przeraża, czy lepiej odnaleźć spokój w samym sobie? Czy lepiej rzucać się jak zwierzę, chcąc ograniczać wolność innych, stawiać na piedestale swoją próżność, czy odnaleźć spokój?

Krzyknijcie "ZOSTAŁA WYRZĄDZONA MI KRZYWDA!", lecz cofnijcie swoje oskarżenie. Powiedzcie mi – czy dalej wyrządzona została wam krzywda? Czy ktoś was ograniczył? Czy wciąż możecie zachwycać się każdym oddechem pięknego powietrza, czy wciąż macie kapitał, czy ktoś ogranicza waszą wolność – czy przeciwnie, targają wami emocje, to wy chcecie ograniczać wolność innych?

Mojej odpowiedzi możecie się domyślić.

Osobną kwestią piekło interpretacji – kto decyduje, co kogoś uraża, a co nie? Czy jedynym rozwiązaniem żeby nigdy nikogo nie urazić jest zamknięcie gęby na zawsze?

Z skrajnych przykładów – chociażby działacze HAESu którzy są urażeni "propagandą" i gloryfikacją chudych ludzi, mającą na celu fat shaming... gdzie często żeby ich urazić wystarczy wrzucić fotkę po treningu, albo podzielić się swoją dietą.

Widziałem jak komuś zarzucano sympatie do pewnej niemieckiej partii, homofobię i rasizm bo... prowadzi fanpage o II WŚ na facebooku.

Rasistą też łatwo zostać, w oczach niektórych ludzi przynajmniej – wystarczy wrzucić chociażby statystyki z US of A.

Do homofobii podciągnięto niedawno nieudolne zastosowanie starego jak świat mema .

Czy popularne nosacze (symbolizujące typowego Polaka) to już rasizm? A jeśli nie – to czy pokazanie w memie o nosaczu małpy-ukraińca już nim jest?

Trzeba wziąć także uwagę, że wzbudzać traumę czy obrażać można samym wyglądem.
Czy mam prawo zakazać gejom ściskać się na ulicy, bo mi się nie podoba? Czy mam prawo atakować punków na ulicach, za sam ich ubiór i sposób bycia? Czy powinienem zakazać komukolwiek chodzenia w koszulkach "patriotycznych"?

Wolność to robienie tego co mi się podoba. Chcę mieć jak najwięcej wolności i dawać jak najwięcej wolności innym – a podstawą, według mnie, jest posiadanie prawa do własnej opinii, nieważne jak durna, zakręcona czy subiektywna by była... a podstawą własnej opinii jest to, że kogoś może urazić, czy przypadkowo zranić.

Trzeba gdzieś postawić granicę – i wytyczyłem ją właśnie tutaj.

Śmiejmy się z wszystkich i wszystkiego! Ci którzy obrażają się o śmiech, zasługują by być obrażonymi – to oni bowiem chcą ograniczać naszą wolność, zmuszać nas do uznania swojej wizji idealnego świata, stawiają swoje ego na pierwszym miejscu.
Oto moja opinia.

Niedawno zostałem zbanowany na tej grupie za przedstawienie tezy, jakoby powinniśmy śmiać się z wszystkich i wszystkiego – z racji kronikarskiego obowiązku postanowiłem przedstawić swoje własne, prywatne, subiektywne i egocentryczne dowodzenie stojące za tą kontrowersyjną opinią, wykute na kowadle swojego poczucia sprawiedliwości.

Martwi mnie to – świat jest pełen faszystów, którzy chcą przemocą zmusić innych ludzi do uległości, nadużywają władzy która została im powierzona – po to by maksymalnie ograniczyć potencjał innych. Obecnie wiele osób idzie w tym kierunku – dzielenie świata na dobrych i złych, po czym ustawianie się po właściwej stronie, upojenie władzą, krzyczenie prosto w pustkę "ZOSTAŁEM SKRZYWDZONY!".

I to jest właśnie śmiech. Może i podwyżka jest lepsza od chłosty, ale niektórzy wciąż wymagają, żeby wzorem pątników biczować się za wszystkie grzechy tego świata.


tekst napisany w ramach tematutygodnia – *To jest moja wyspa *, a przy okazji i innych rzeczy.
Obraz zwinąłem Malczewskiemu, bo nie mam czasu szukać czegoś bardziej pasującego

KOMENTARZE

  • veggie-sloth

    A może wolnośc to właśnie nie obrażanie nikogo? W sumie czemu miałoby być to wyznacznkiem wolności osobistej?

  • trampmad

    Wolność to tylko skojarzenie, nazwa pod którą można rozumieć zarówno anarchię jak i nichilizm (wolność od wszelkich obowiązków). A także dyktaturą grupy powołującej się na interes całego narodu. Więc nie sama definicja ma tu znaczenie bo ma ona różne oblicza w zależności opisującego .
    Zgadzam się generalnie z Twoim komentarzem ale wprowadził bym pewną poprawkę. Zamiast wolności w obrażaniu sugeruję wolność szczerości. Obrażanie innych demonstruje prowokacyjną postawę, dążącą do konfrontacji. A pamiętajmy, że każde działanie powoduje przeciwdziałanie skierowane w naszym kierunku.
    Szczere mówienie może kogoś obrazić ale to już nie nasz problem. Brak szczerej oceny w obawie krytyki owocuje sytuacją którą nazywamy poprawnością polityczną. Więc jeśli ktoś się obraża z powodu naszej szczerości (szczerej krytyki) to dziękuję, dowidzenia, krzyżyk na drogę - to już jego problem. Ponieważ nieakceptacja boli, to taki delikwent albo będzie następnym razem uważał co mówi albo schodził nam z drogi. I o to właśnie chodzi. A nie o to abyśmy w swoim otoczeniu tolerowali fałszywych podlizuchów. To co się dzieje w skali makro jest wynikiem nieszczerości jednostek, tchórzostwa artykuowania prawdy za cenę nieakceptacji. Takie postępowanie jest prostytuowaniem się. I to obserwujemy w naszej polityce na codzień. Tak oto nieszczerość na poziomie jednostki (rodzina) ewoluuje do skali makro i wpływa na przyszłe życie całego społeczeństwa. A dzieci się uczą obserwując dorosłych, kopiują wzorce które w przyszłości zaowocują.

  • dhcomburendo

    "Wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się wolność drugiego człowieka"

    Z tym zaczyna i kończy, to chyba miało być odwrotnie ;)

    A co do samej wolności, to ta definicja to jedno wielkie kłamstwo i manipulacja, której niestety bardzo wielu ludzi ulega. Otóż nie ma takiego czynu, poprzez który nie wpływalibyśmy na innych ludzi. Dlatego właśnie potrzebne jest określenie które czyny są na tyle obojętne/nieszkodliwe dla innych, że są dopuszczalne. Żeby powyższa definicja miała sens, trzeba by żyć w jakimś zamkniętym bunkrze głęboko pod ziemią. Libertarianie widzą tylko jednostki, podczas gdy istnieją też społeczności, w których ludzie oddziałują na siebie. Weźmy bardzo proste przykłady. Ktoś w imię wolności osobistej nie zasłania ust podczas kichania. Może w ten sposób doprowadzić do epidemii. Albo kobieta wychodząca nago na ulicę - jakiś kierowca się zapatrzy i spowoduje wypadek. Społeczeństwo jest takim samym organizmem jak jednostka, tyle że bardziej złożonym. Dlatego trzeba ustalać pewne normy tak, żeby zachować je w zdrowiu, tak jak przestrzegamy higieny naszego ciała.

    Trochę chaotycznie wyszło, ale mam nadzieję, że da się coś z tego zrozumieć.