BLOGCZEJNalpha

"The Doors" Olivera Stone - film, który wyznaczył jak realizować biografię muzyczne

„Ta niebiańska muzyka rozsadzi twoje uszy i wypali twój wzrok” - tak oto brzmiało hasło reklamowe chyba jednego z najgłośniejszych filmów biograficznych - „The Doors”. Miał premierę na początku lat 90-tych i w Polsce zdecydowanie trafił na podatny grunt. Po transformacji ustrojowej bardzo chcieliśmy łykać to wszystko co przychodzi z zachodu, a muzyka, która jeszcze do niedawna była selekcjonowana bardzo wąsko była tego znakomitym przykładem. Mimo, że polskie kapele z tamtego okresu były mocno wpatrzone w bardzo popularny wówczas na świecie Grunge, to jednak znalazło się miejsce dla pokolenia dzieci-kwiatów, które mogliśmy sobie obejrzeć na ekranie kina. Oczywiście dodajmy do tego „modę na lata 60-te”, która wówczas miała miejsce.

https://www.youtube.com/watch?v=IERQmR2qESU

Sam film jest, jak na owe czasy zrealizowany bardzo nowocześnie. Mimo, że posiada spory ładunek historyczny (tutaj warto dodać jeszcze urojenia i rys analityczny reżysera Olivera Stone) montażowo i zdjęciowo jest lata świetlne przed wieloma filmami (dla mnie dopiero biografia Raya Charlesa „Ray” dorównała „The Doors”), które premierę miały przed i po.

Jim Morrison zaprezentowany przez Vala Kilmera (jego rola życia) to postać destrukcyjna i zawieszona w świecie „gdzieś obok”. A może to tylko głupia gra rozpieszczonego gwiazdora i tak naprawdę jest tylko pozerem, który nie potrafi sobie poradzić z całym zestawem wszelakich nałogów? Reżyser nie odpowiada wprost, ale w filmie obserwujemy nieustanny upadek gwiazdora, którego głos potrafi zabrzmieć lirycznie. Kolejne płyty to zmiana wyglądu, ale także charakteru wokalisty, który chyba sam sobie zdaje sprawę z tego, że kręci na swojej szyi sznur.

doors_original_film_art_1_spo_2000x.jpg

Film idealnie przedstawia porażkę „pokolenia lat 60-tych”. Morrison wraz z innymi wówczas „zaangażowanymi artystami” nie tyle byli buntownikami, co raczej osobami, które uzurpując sobie prawo do prezentowania poglądów kreowały naiwny niemożliwy do realizacji świat. Może Morrisonowi prezentującemu w swych tekstach hedonistyczno-mroczną część ludzkiej natury tak naprawdę chodziło raczej o zabawę, a nie o zmianę świata. To już oczywiście zależy od tego na ile poważnie traktujemy jego przesłanie.

„Artyści 27 lat” - czyli ci, którzy marnie skończyli właśnie osiągając ten pułap działają na nasza wyobraźnie w sposób naprawdę spory. Janis Joplin, Jimi Hendrix, Morrison, Kurt Cobain czy Amy Winehouse wykreowali wokół swoich postaci niemal kult. Ale nie była to artystyczna pustka. Każdy z nich coś potrafił. I mamy do nich sentyment do dnia dzisiejszego.

Sami muzycy „The Doors” byli wściekli na Stone za to jak nakręcił ten film. Spore zacięcie ideologiczne reżysera i pokazanie Morrisona jako nieustannie pijanego człowieka nie spodobało się. Uznali, że jest kłamliwe i nieprawdziwe. Do końca życia Ray Manzarek, muzyczny mózg kapeli, dawał do zrozumienia, że ten film to nieporozumienie.

Sam casting do roli Morrisona był niezwykle ciekawy – Tom Cruise, Billy Idol, Bill Paxon, John Travolta – to tylko kilka nazwisk jakie brane były pod uwagę. Więc nazwisko reżysera i temat zadziałały na aktorów. To co mnie zdumiało – podobno Oliver Stone jeszcze za życia wokalisty chciał nakręcić o nim film. PONOĆ nawet przedstawił mu zarys scenariusza. Ale nie mógł tego zrobić. Był w Hollywood jeszcze nikim. Jego czas to lata 80-te. I wówczas naprawdę pokazał, że tę opokę zna jak mało kto. Epokę upadku ideałów.

KOMENTARZE

  • veggie-sloth

    Pamiętam i lubię ten film. Był wydarzeniem tamtych czasów :) Choć podobno to dosyć dowolna interpretacja historii życia JM, wielu zarzucało nieścisłości itp. Jednak - albo piszczemy notke w Wiki, albo robimy wartki i dobry film :)

  • alcik

    Uznali, że jest kłamliwe i nieprawdziwe. Do końca życia Ray Manzarek, muzyczny mózg kapeli, dawał do zrozumienia, że ten film to nieporozumienie.

    Stone sobie doskonale zdawał sprawę czego się oczekuje od filmu o bogu rocka. Nie wyobrażam sobie filmu o tamtym okresie i tamtej postaci, który byłby nakręcony jakoś inaczej. To przecież nie chodzi o nudną prawdę tylko o bajkę, magię hollywoodu. Jeśli mam świadomość, że trochę się mnie oszukuję, głównie po to żeby nie było nudno, to nie mam nic przeciwko.

  • wadera

    Już pewnie wspominałam, że poznałam muzykę doorsów jako niewinne dziewczę. Taka jeszcze weszłam do kina... wyszłam zmieniona na zawsze. Gdy już przetrawiłam ukazany w filmie chaos, obłęd, pogardę dla życia i śmierci, ćpanie, picie, seks z kim popadnie, a na koniec bezsensowny zgon w wannie... zostałam najbardziej oddaną [wy]znawczynią Doorsów i J. Morrisona.
    Pamiętam też hipnotyczną muzykę i scenę z indianami na drodze...
    Ten film pozbawił mnie resztek iluzji dzieciństwa - nie dlatego, że jest zły, to ja obejrzałam go za wcześnie. Nigdy więcej do niego nie wróciłam.
    Z biegiem czasu zaczęłam widzieć więcej człowieka w Morrisonie, a gdy przebiłam go wiekiem zupełnie stracił swój demoniczny urok. I dobrze :)

  • bartheek

    Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie miałem okazji obejrzenia tego filmu. Wiem, że to jest jeden z ulubionych filmów NRGeeka. Jest u mnie na liście do nadrobienia.